Jak się dogadać z „początkującym nastolatkiem”?

Jak się dogadać z „początkującym nastolatkiem”?

Jak się dogadać z nastolatkiem? Bez kazań, moralizowania i na każdy temat. Gdy zaczynałam pisać blog i nagrywać podcast Nie tylko dla mam, moja córka miała 6 lat. Dzisiaj kończy 12 i za nami cała masa doświadczeń. To, co przed nami też zapowiada się ciekawie.

Zauważyłam, że od kilku lat modne jest mówienie, że nie warto sięgać po poradniki dla rodziców i wychowawców. To znaczy, najcześciej mówią o tym osoby, które same takie nie-poradniki piszą i wiedzą, że ten ich jest najlepszy. 😉

Żarty żartami, rozumiem niechęć, sama miałam w pewnej chwili przesyt. Zwłaszcza przy czytaniu bardzo dużych ilości książek dla rodziców podczas pracy przy zestawieniu moich ulubionych.

Osobiście czasem bardzo lubię poczytać poradniki, bo dzięki temu odświeżam sobie pewne informacje i poznaję nowe treści. Nie mówię tylko o takich na tematy wychowawcze.

Poradniki dla rodziców i nie tylko

Zdradzę, jak korzystam z poradników dla rodziców, bo czytanie od deski do deski często przerasta możliwości czasowe zabieganego rodzica. Wybieram tylko te części, które mnie na danym etapie interesują. Znam dobrze spis treści i sięgam, gdy jest potrzeba. To nie ma być męka i kucie na pamięć, ale właśnie poręczna podpowiedź.

Dlatego w moim przypadku sprawdzają się poradniki, w których są konkretne tematy (rozdziały), a nie jeden długi wywód na temat życia. I podsumowania oraz przykłady rozmów, dla mnie to jest użyteczna informacja.

Jak czytam poradniki?

Wszystkim zainteresowanym „najlepszym poradnikiem” zawsze podpowiadam cokolwiek opisującego kilka lat na raz. Na przykład rozwój dziecka od 0 do 10 lat. Żeby kupić jedną książkę, a nie w każdym roku osobną. Nie czytać też (mając w domu niemowlaka) wszystkiego od razu, tylko pierwszy rok lub dwa lata. Żeby wiedzieć, na co się nastawić i czego się spodziewać.

Potem „doczytywać” kolejne lata, powiedzmy rok w przód, bo wiadomo, że dzieci różnie się rozwijają. Wtedy mamy ogarnięte naprawdę sporo wiadomości i przede wszystkim możemy się przygotować na to, co nastąpi np. skoki rozwojowe.

Poza „rozwojówką”

Po dziesiątym roku życia relacja dziecko-rodzic zmienia się dość mocno. Tu już nie do końca potrzebna jest zwykła rozwojówka, ale coś więcej na temat komunikacji. Do tego etapu naprawdę warto się przygotować, dlatego podrzucam pomysł na przeczytanie „Jak rozmawiać z nastolatkami?”. Znalazłam tu mnóstwo inspiracji na kolejne artykuły, którymi niebawem Was uraczę. 🙂 To zresztą też nie jest typowa recenzja, bardziej inspiracja treściami z tej książki.

Co ciekawe, podczas konsultacji online często słyszę, że starsze dzieci to już lżej wychowywać, można odpuścić. Otóż uważam, że komunikacji odpuścić nie można na żadnym etapie. I warto wiedzieć, że na przykład wiek 12-14 lat w przypadku chłopców to jeden z najbardziej niebezpiecznych momentów ich życia. Mówimy o śmiertelnym niebezpieczeństwie, bo w tym wieku dzieciom wyłączają się działające do tej pory hamulce. Nie chodzi jedynie o słynny „skok hormonów” u nastolatków, bo temat jest nieco bardziej złożony.

Poza tym, jaki ma sens porównywanie wychowania 2-latka z 12-latkiem? Przecież to kompletnie dwa światy.

Jak zrozumieć tego nastolatka?

Najogólniej mówiąc, chodzi o zmianę naszego myślenia (dorosłych) i traktowania nastolatków jak małe dzieci. A to nikomu nie przychodzi łatwo, choć niektórzy mogą pozować na rodzica-przyjaciela.

Dla mnie poradnik, który jest inspiracją do tego artykułu, jest też znakomitą ściągą z komunikacji. Pomaga zrozumieć, co przeżywa dziecko wchodzące powoli w dorosłość, czyli nastolatek (zwłaszcza ten młodszy). Daje konkretne przykłady i nawet rozpisane rozmowy. Jeśli ktoś zna „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały”, z pewnością odnajdzie się i w tym klimacie. Książka jest napisana w bardzo podobnym stylu, konkretnie i bez przegadanych frazesów.

Jak rozmawiać z moim nastolatkiem?

Oczywiście, jak w każdym poradniku, te przykładowe rozmowy brzmią może trochę sztywno, ale też nie są po to, żeby powtarzać, słowo po słowie. Mają inspirować i dawać pomysły, jak my – dorośli – możemy rozmawiać z nastolatkami. Ja niby sporo wiem, bo przecież to mój zawód, a po przeczytaniu stwierdziłam, że jakoś tak z automatu zdarzało mi się komunikacyjnie nie dawać rady z wymagającym większej uwagi nastoletnim komentarzem.

Wiele tu też wiadomości, które pozwolą rodzicom uspokoić się, zdjąć dużą dawkę stresu związanego z osłabieniem więzi, ogromną zmianą w zachowaniu dziecka. Obawami, że z naszej strony coś poszło nie tak. I ogólnie z tym mitem, że nastolatek to wyłącznie dramaty i kłopoty. Jak się na to spojrzy chłodnym okiem i przypomni sobie, co się czuło w tym wieku, da się ogarnąć sytuację.

Rozmowa z nastolatkiem

Żeby nie opowiadać wyłącznie ogólnikami, powiem, że te przykłady rozmów są oparte na konkretnym schemacie BRIEF.

B – bezkonfliktowy początek.

R – relacja pełna empatii.

I – inny punkt widzenia.

E – echo tego, co usłyszałeś/aś.

F – feedback.

Nie jest to żadne odkrycie Ameryki, a zasada, która sprawdza się też w dorosłym życiu. Autorka nie ukrywa, że warto z dzieckiem przeprowadzić dziesiątki rozmów opartych na tym schemacie nie tylko po to, żeby się dogadać z własnym nastolatkiem. Może nawet bardziej po to, żeby nauczyć przyszłego dorosłego empatycznego sposobu komunikacji.

Opanować rozmawianie z nastolatkiem

Zwłaszcza ten początek rozmowy jest ważny, bo nastolatki wręcz dążą do konfliktu z rodzicami z wielu powodów, o których w książce oczywiście mowa. Potrzebują tego rodzaju sparingu w bezpiecznych warunkach.

Zamiast unikać dla świętego spokoju lub wdawać się w karkołomne awantury, właśnie lepiej nauczyć się wchodzić w rozmowę, która ma jakiś głębszy sens. Jasne, że nie każda musi być rozważaniami z najwyższej półki, ale warto się wysilić i po prostu dać szansę na dyskusję. O której zresztą z góry wiadomo, że raczej nie doprowadzi do wspólnego mianownika, a przynajmniej nie zawsze, bo też nie o to chodzi.

Ćwiczenie w dyskusji jest najważniejsze, a nie to, kto ma rację (bo jak wiadomo, każdy ma własną prawdę). Przy okazji oczywiście można ustalać nowe zasady, negocjować i spróbować dowiedzieć się czegoś i aktualnych sprawach naszego dziecka.

Nowa relacja z nastolatkiem

Wycofanie jest tak bardzo potrzebne naszym dorastającym dzieciom, choć oczywiście dla rodziców bywa bolesne. Boimy się, że ta więź, którą tyle lat budowaliśmy, ona znika raz na zawsze. W pewnym sensie to prawda i teraz mówię z doświadczenia rodzicielskiego.

Nie wrócą te beztroskie lata, kiedy dziecko było otwarte na nasze pomysły, komentarze czy wręcz zachwycone naszym towarzystwem. Nigdy już nie będzie tak, jak dawniej. Teraz jest czas na budowanie nowej relacji, starą można (bardzo zachęcam) opłakać i zachować w rodzicielskich wspomnieniach.

Oczywiście, nie wszystko idzie do lamusa, bo nową relację budujemy na tym, co do tej pory zasialiśmy. Czas nastolatkowy to trochę czas zbiorów tego, co wcześniej zostało zasiane. W każdej rodzinie wygląda to inaczej, ale gwarantuję, że te zbiory nie będą zaskoczeniem. Jeśli nie daliśmy dziecku wystarczającej wiary w siebie, nie zapewniliśmy poczucia bezpieczeństwa, nie ma co oczekiwać, że jako nastolatek obudzi się w nowej roli. Wręcz przeciwnie.

Nowy obraz samodzielności

To samo dotyczy zupełnie nowego obrazu samodzielności, której potrzebuje nastolatek. Chodzi o umiejętności załatwiania różnych spraw np. zakupy, podróżowanie komunikacją publiczną, obowiązki domowe, lekcje i przede wszystkim nowe sytuacje związane często z porażkami. Przed nimi staramy się dzieci uchronić i to oczywiście super. Jednak nastolatki muszą ich trochę przeżyć, żeby wiedzieć, jak się z nimi czują i jak sobie poradzić (samodzielnie) w trudnych sytuacjach.

W tej książce jest całkiem sporo podpowiedzi, jak rozmawiać z dzieckiem właśnie o takich trudnych sytuacjach np. złe oceny, konflikty z przyjaciółmi. Tak, żeby jakimś cudem móc przemycić poradę czy wsparcie, a nie „kazanie”. Bo założenie w nastoletniej głowie jest takie, że to, co mówi rodzic od razu należy wrzucić do kosza. Nie ze złośliwości, to ten etap odrywania się od nas i eksplorowania świata poza tym, co mówią rodzice. Jednak przecież taki 12-latek to wciąż dziecko, które wielu spraw nie widzi, nie zna i nie rozumie.

Trudno być nastolatkiem

Często w tym wieku dzieci mają poczucie, że są gotowe na o wiele więcej, niż tak naprawdę są. Np. samodzielne zostawianie na długi czas w domu. Część przyjmie to z radością, ale za długo to już dramat. Zwłaszcza, że życie nastolatka toczy się głównie w jego głowie, dlatego może nam się wydawać, że dziecko jest tak bardzo wycofane.

Młodsze dzieci widać i słychać, gdy się bawią. To jest emocja na wierzchu, to jest doświadczanie i nie mamy wątpliwości, że dziecko przeżywa przez duże P. Nastolatek już się tak nie bawi, co nie znaczy, że jego życie jest mniej intensywne. Po prostu wszystko dzieje się w środku (choć oczywiście od czasu do czasu wybucha). W jakim stopniu nas do tego środka dopuści? No właśnie, tu już trzeba wiedzieć, jak rozmawiać i jak dalece pozwalać na ten nowy rodzaj samodzielności.

Nie jest tajemnicą, że żadne radykalne akcje nie sprawdzą się przy ustalaniu nowych zasad ani ogólnie przy rozmowach. Choć paradoksalnie, opinie nastolatków o świecie są jak najbardziej radykalne i niezmiernie trudno nakłonić je do wypośrodkowania zdania na dany temat. To oczywiście z czasem i doświadczeniem powinno się zmienić. Wytykanie tej radykalnej postawy, nie jest najlepszym sposobem dotarcia do dziecka. Tu właśnie sprawdzi się komunikacja BRIEF, choć wymaga ona poćwiczenia zarówno od dziecka, jak i rodzica.

9 sposobów na dogadanie się z nastolatkiem

W tej książce podano 9 sposobów na lepsze rozmowy z młodszym nastolatkiem (do 15 roku życia). Bardzo mi się podają, zwłaszcza pierwsza propozycja związana z odpuszczeniem przez rodziców.

Jednym z nich jest wyzwanie polegające na zostaniu się zastępcą kierownika. Oznacza to tyle, że wycofujemy się z zarządzania, pokazywania palcem, podpowiadania. Dziecko samo decyduje (oczywiście znając rodzinne zasady) o tym, co kiedy i jak chce robić. Słynne sprzątanie pokoju można właśnie w ten sposób ogarnąć. Wraz z decyzjami idzie w parze odpowiedzialność, co oznacza, że jak nie wywiąże się z umowy, czy nie zrobi lekcji, bo źle zaplanowało czas, ponosi konsekwencje.

Zróbcie sobie mały test i policzcie, ile razy w ciągu dnia wciąż jeszcze „wskazujecie palcem”, co dziecko ma robić. Podnieś plecak. Wynieś talerz. Odrób lekcje. Nie koleguj się z Michałem. Powinieneś zobaczyć ten film. Itp. Tu zaczynają się schody, bo nie chodzi o to, żeby kompletnie przestać rozmawiać, ale żeby przestać w kółko prosić, napominać czy wręcz polecać. Przekazać odpowiedzialność nastolatkowi, po uprzednim przygotowaniu do tego.

Znikająca odpowiedzialność

Problem polega też na tym, że młodsze nastolatki kompletnie, ale to kompletnie tracą wrażliwość, poczucie odpowiedzialności i ogarnięcia, którymi być może do tej pory się wykazywały. No to ten wiek, kiedy niby dziecko już duże, a zachowuje się czasem tak, że oczy wychodzą nam na wierzch.

Bardzo podoba mi się porównanie rodzica do brzegu basenu, w którym pływa młodszy nastolatek. Nie płyniemy z nim, nie pomagamy, już nie uczymy, to już za nami. Teraz dziecko samo płynie, ale my je wciąż widzimy i to z każdej strony. Jeśli zechce, może w każdej chwili do nas podpłynąć, żeby odpocząć, po wsparcie, złapać oddech. Ale to wszystko.

Nie naszą rolą jest wrzucanie na głęboką wodę, teraz wspieramy niestrudzenie i (jako ten mur dookoła basenu) staramy się trzymać naszą wodę w kupię, żeby to się wszystkie gdzieś nie rozlało na boki. Trudne to zadanie, bo chodzi o wycofanie, a już na pewno niewtrącanie się za każdym razem. Mega wyczerpująca lekcja do odrobienia dla zaangażowanych rodziców.

Wyrzuty sumienia rodziców

Dość ważnym tematem związanym z dorastającymi dziećmi jest samopoczucie rodziców, którzy po pierwszym szoku, że dziecko się wycofuje, mogą mieć wyrzuty sumienia.

Zdarzyło się Wam mieć poczucie winy związane z radością, że mamy „wolne od dziecka”? Ono zamknięte w pokoju albo u znajomych, a my po prostu mamy wolne. Pierwszy szok, radość, a potem niepokój, że przecież ta więź, gdzie ona się podziała? A może robimy coś nie tak, że dziecko ciągle chce być w swoim świecie? Za mało się staramy?

To jest temat bardzo rzadko poruszany na społecznym forum. O wiele częściej słyszę lub czytam smutki związane z tym, że: „Och przecież dzieciństwo jest takie krótkie, celebrujmy każdą chwilę”. Sama myślałam, że coś ze mną nie tak, bo od zawsze w duchu cieszyłam się widząc, że moje dziecko jest coraz bardziej niezależne ode mnie. Niby cieszymy się, że takie samodzielne, bo samo je, ubiera się, ale też trochę żal, bo tak fajnie pomagać małemu człowiekowi. Znam wiele osób zawstydzonych tą radością, ze mną na czele.

Ciesz się niezależnością

Podobnie jest z rodzicami nastolatków. Niektórzy wstydzą się, że odliczają miesiące do momentu, gdy dzieci pójdą do znajomych. Albo  zamkną się w pokoju ze słuchawkami na uszach. Inni na siłę szukają kontaktu z nastolatkiem, którego jedynym obecnie marzeniem jest właśnie pozbycie się rodziców. W książce znajdziecie wiele mądrych informacji na temat tej nowej relacji, szoku i radości.

To oddalenie nie jest powodem do wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie. Jeśli do tej pory wykonywaliśmy naszą robotę dobrze, dziecko czuje się na tyle bezpiecznie, że powoli rusza w świat. Z całym tym zapleczem, fundamentami i świadomością, że zastępca kierownika jest na posterunku. Co nie oznacza, że zastępca kierownika nie ma prawa się cieszyć z wolności.

Tęsknię za moim nastolatkiem

Ten wstyd wiąże się też z poczuciem odrzucenia i świetnie to rozumiem. Zerknijcie kiedyś na grupę młodszych nastolatków np. wracających z wycieczki, gdy rodzice odbierają pociechy. Jedni będą się do rodziców przytulać, inni za nic nie dadzą się nawet pogłaskać po głowie. Jeśli nasze dziecko jest tym uciekającym, bywa, że robi nam się głupio, że to takie dzikie, zdystansowane. Widząc tych przytulających się mamy jeszcze większe poczucie odrzucenia. W dodatku my naprawdę stęskniliśmy się za dzieckiem, bo przecież było na wycieczcie.

W tym momencie można zboczyć w kierunku wzbudzania wyrzutów sumienia, kpinę, niby żarty, czy zmuszanie do przytulania na pokaz. A tu po prostu chodzi o pokazanie niezależności, oczywiście rozumianej przez nastolatka. Nie ma co brać tego do siebie.

Jak się dogadać z nastolatkiem?

W tym poradniku aż roi się od takich przykładów, które jak już wspomniałam, dają odetchnąć, że z nami (i między nami) wszystko w porządku. Nastolatek pokaże, że się stęsknił, kiedy będzie gotowy i na swój sposób. Wystarczy być i spokojnie czekać, aż dopłynie do brzegu, by złapać oddech.

Do mnie te treści bardzo przemawiają, uspokoiły mnie nieco i uzmysłowiły, że przed nami początek całkiem ciekawej drogi.

Autorka Michelle Ickard (Tu strona autorki, warto zerknąć – KLIK!)
Wydawnictwo Samo Sedno
Jak się dogadać z nastolatkiem recenzja

 

blog aktywne czytanie ksiązki dla dzieci blog

Kliknij w zdjęcie, przejdziesz do bloga AktywneCzytanie.pl

Dziecko jest niegrzeczne czy temperamentne?

Dziecko jest niegrzeczne czy temperamentne?

Wydaje mi się, że czasem jesteśmy skłonni powiedzieć: „Mam niegrzeczne dziecko”, „Dziecko mnie nie słucha”. Nawet pomyśleć dosadniej: „Mam dosyć tego, jak się zachowuje”, niż na spokojnie uznać, że mamy temperamentne dziecko.

Ogólnie rzecz ujmując, masz temperamentne dziecko, jeśli czujesz, że ono wszystko robi „bardziej”. Jeśli choć raz przemknęło ci przez głowę, że niby robisz wszystko zgodnie z poradami książkowymi i intuicją, niby wiesz, jak rozmawiać, starasz się rozumieć i akceptować, a ono wciąż przegina, być może masz właśnie temperamentne dziecko.

Temperamentne czy niegrzeczne?

Nie chcę jednak, żebyśmy poszli w kierunku uwag typu: „Temperamentne, czyli ładniejsze określenie niegrzecznego”. Nie ma niegrzecznych dzieci, wiemy to już od dawna. Jednak jest cała masa rodziców mających poczucie, że jednak coś jest na rzeczy, skoro mówię, mówię i nic nie dociera.

I tu właśnie możemy zastanowić się nad temperamentem dziecka, w kontekście jego zachowania, reagowania, życia pośród innych ludzi. Dr Kurcinka w książce pt. „Temperamentne dziecko” opowiedziała o całkiem zgrabnej teorii, w które podaje nam 9 punktów, według których sprawdzamy, czy mamy temperamentne dziecko w domu.

Uwzględniamy oczywiście dodatkowo geny i środowisko wychowawcze. Tych 9 punktów to pewne uproszczenie, ale podoba mi się próba spojrzenia na dziecko pod tym kątem. Zwłaszcza ze względu na rodziców i budowanie szacunku w rodzinie. To szansa dla wielu dorosłych na poukładanie sobie relacji z pociechami i pozbycie się wyrzutów sumienia.

Mam wyrzuty sumienia

Jak widzimy, że nasze dziecko zawsze „bardziej”: bawi się, krzyczy, płacze, przeżywa itd., możemy mieć wrażenie, że robimy coś nie tak. Skoro inne mogą na spokojnie, dlaczego moje nie potrafi?

Co robię źle? Otóż nic nie robisz źle, bo temperament nie jest zależny od tego, czego chcemy (oczekujemy). Oczywiście, że pewne zachowania można (trzeba) uspokajać, temperować, pomagać nad nimi panować, ale temperamentu nie przeskoczymy.

Od czego zacząć?

Proponuję zacząć od określenie, na ile – w skali od 1 (najmniej) do 10 (najwięcej) – masz temperamentne dziecko. Skrajne bieguny oznaczają dziecko temperamentne, choć nie każdy z tych dziewięciu punktów musi być na skraju skali.

Jasne, że nie jest to żadna ostateczna diagnoza, tylko próba zrozumienia konkretnych zachowań dziecka, które najbardziej nas denerwują. Mamy ich dosyć i po prostu nie lubimy. Tak, można kochać dziecko i mieć serdecznie dosyć pewnych zagrywek z jego strony. Jednak, skoro mamy dosyć, nie pozostawiajmy ich do momentu „aż wyrośnie”, bo cała rodzina będzie się z nimi męczyć.

Więcej o tym, jak podejść do tych trudnych zachowań napisałam w artykule pt. Wredne i złośliwe zachowania. Rośnie mi mały tyran? >>

Tu chodzi o progres

Tak naprawdę w tym całym budowaniu relacji (wychowaniu), nie chodzi o natychmiastowe efekty, tylko o jakikolwiek progres. Rodzic idealny nie istnieje, to wiadomo, jednak wiem z własnych doświadczeń, że trudno odpuścić. Zwłaszcza gdy wszyscy dookoła mniej lub bardziej delikatnie dają do zrozumienia, że masz… no właśnie, temperamentne dziecko.

Odpowiedz sobie na dziewięć pytań związanych z zachowaniami i cechami temperamentnych dzieci. Nie wszystkie oczywiście muszą w stu procentach być w skali na 10. Jednak jeśli czujesz, że twoja pociecha jest po tej stronie „bardziej” (na skraju), jest spora szansa, że masz temperamentne dziecko.

1. Czy reaguje bardzo intensywnie?

Wspomniałam o tym już wcześniej i wymieniam jako pierwsze, bo to w sumie jeden z ważniejszych elementów. Chodzi o wszelkie codzienne sytuacje, niekoniecznie imprezy urodzinowe czy wypad do wesołego miasteczka. Wiadomo, że wtedy większość dzieci jest bardzo podekscytowana.

Jeśli jednak twoje dziecko najczęściej jest tym, które słychać najgłośniej podczas zabaw, najmocniej ściska, piszczy (wrzeszczy) z radości, rozpacza z intensywnością diwy i potrafi to robić bardzo długo, może być temperamentnym dzieckiem.

Co ciekawe, temperamentem dzieci mogą też być bardzo ciche, może się wydawać, że wycofane, ale nie. One najczęściej analizują, przetwarzają w głowie daną sytuację i po prostu widzisz, że mózg im paruje. Tak mocno analizują, co się aktualnie dzieje.

Intensywność reakcji nie musi oznaczać wrzasku, chodzi o natężenie, zaangażowanie całym sobą, wręcz nieumiejętność wyjścia z tego stanu tak po prostu na zawołanie.

2. Czy łatwo się przystosowuje?

Mało tego, że temperamentne dzieci czasem nie potrafią wyjść ze stanu zaangażowania, to dopiero początek. Nie lubią też porzucać sytuacji, które je zajmują i w których czują się bezpiecznie np. zabawy. 

Nie znoszą zmian, nawet tych, o których wiedziały wcześniej, nie lubią się dostosowywać do nieznanych okoliczności. To ludzie, którzy nie lubią niespodzianek. Sama ich nie znoszę, więc świetnie rozumiem niezadowolenie, gdy mnie takie spotykają. Rozumiem też rozczarowanie dorosłych liczących, że maluch będzie wniebowzięty lub przynajmniej zechce „współpracować”. O tym zderzeniu oczekiwań przyjdzie wam pewnie wiele razy rozmawiać.

Więcej na temat tych rozważań napisałam w artykule pt. Nie lubię tego! Zrobię po swojemu! Podążam za potrzebami dziecka czy spełniam zachcianki? >>

Najlepsze, co może dla siebie i dziecka zrobić rodzic w tej sytuacji, to unikanie niespodzianek. Jeśli np. umówicie się, że na obiad będzie mielony, warto się wysilić i tej obietnicy dotrzymać. Są dzieci, które taką zmianę skwitują „OK, to mielony następnym razem”, ale są też takie, dla których to będzie koniec świata. Dla temperamentnego dziecka to właśnie może być powodem do histerii (wracamy do intensywności reakcji).

3. Czy jest wytrwałe?

Temperamentne dziecko jest bardzo wytrwałe w swoich postanowieniach, co oczywiście często etykietowane jest jako upór. Są sytuacje, w których to jest wspaniała cecha. Jednak problem polega na tym, że najczęściej wytrwałość ogranicza się do tematów, którymi pociecha jest zainteresowana. Jeśli więc nie lubi czytać, nie ma mowy, żeby ta wytrwałość do czegoś się przydała. Kiedy jednak np. interesuje się sportem, programowaniem lub gotowaniem, będzie z całym zaangażowaniem zgłębiać temat.

Warto podążać za zainteresowaniami temperamentnych dzieci, bo widoczne postępy (nie może być inaczej, jeśli się w coś angażujesz i ćwiczyć, zrobisz postępy) mają zbawienny wpływ na psychikę i poczucie wartości. Takie maluchy i nastolatki dość często słyszą, że są niegrzeczne, krnąbrne, uparte, pyskate (niekoniecznie od rodziców, od otoczenia), dlatego każde pole, gdzie mogą się wykazać i poczuć docenione, jest na wagę złota.

Przeczytaj o wytrwałości w artykule pt. Czy można dziecko nauczyć wytrwałości? >>

4. Czy jest wrażliwe na bodźce?

Każdy jest wrażliwy na bodźce, ale tu chodzi o mega-wrażliwość, żeby nie powiedzieć przewrażliwienie. Jako osoba z nadwrażliwością na dotyk i słuch, wiem, że to potrafi zrujnować nie tylko fajny dzień, wypad z rodziną na spacer, czy posiłek, ale po prostu niszczy relacje w rodzinie. Zwłaszcza kiedy dorosły nie wyciągnie pomocnej dłoni do dziecka i nie zaakceptuje faktu, że metka, nieoddychające rajtuzy czy muzyka, mogą doprowadzić do sceny jak z horroru.

Większość dzieci nie potrafi powiedzieć, że przeszkadza im za wysoka temperatura w pokoju czy kapiący kran. Będą wyraźnie poirytowane, zdecydowanie rozdrażnione, a my (dorośli) nazwiemy to „muchami w nosie” lub niegrzecznym zachowaniem.

Wiem, że nie da się wyeliminować wszystkich denerwujących bodźców, jednak warto mieć na względzie, że temperamentne dziecko w skrajnych przypadkach nie da rady przeskoczyć tego, że je coś uwiera.

To trochę jak ze sprawdzaniem, czy dziecko jest wyspane, najedzone, czyli ma zabezpieczone podstawie potrzeby. W tym wypadku gryzące metki i hałas wliczają się do zestawu „do sprawdzenia” i wyeliminowania.

5. Czy łatwo się rozprasza?

Nie mówimy teraz o 1-3 latkach, dla których uwaga mimowolna jest normą.

Im starsze dziecko, tym więcej skupienia oczkujemy. Temperamentne dzieci bardzo szybko się dekoncentrują, zwłaszcza w sytuacjach, gdzie dużo się dzieje. To dlatego, że ich analityczny umysł co chwilę próbuje przeskanować nowe sytuacje np. klakson samochodu, śpiew ptaka czy ilość jabłek w misce oraz wzorki na niej.

Przy tym podpunkcie na chwilę się zatrzymam, bo temat koncentracji jest bardzo szeroki i dotyczy bardzo wielu współczesnych dzieci, wychowywanych przed ekranami. Telefony i telewizory nie sprzyjają budowaniu koncentracji na czynności czy zadaniu. Nie wymagają od dziecka niczego oprócz siedzenia i patrzenia w ekran. Podążania za wymyśloną przez kogoś fabułą i po prostu wchłonięcia jej.

Więcej na ten temat przeczytasz w artykule pt. Jak oderwać dziecko od komórki? >>

Mając w domu temperamentne dziecko, najpewniej trzeba będzie włożyć wiele pracy w nauczenie, jak sobie radzić z tymi rozpraszaczami. To też nie jest powód do dramatu, bo ludzie temperamentni są też często bardzo uważni, to znaczy, że widzą detale (ten dźwięk wydawany przez skowronka, czy kolor miski z jabłkami), co może się przydać w dorosłym życiu, jeśli wybiorą zawód zgodny z ich temperamentem i nauczą się koncentrować na określony czas.

6. Czy jest w ciągłym ruchu?

Oczywiście, że większość dzieci jest w ruchu, bo to bardzo naturalna potrzeba młodego organizmu. Jednak też wiele maluchów potrafi „wysiedzieć” w najróżniejszych sytuacjach np. rysując, podczas oglądania bajki czy na zajęciach w przedszkolu. Temperamentne dzieci muszą się ruszać w każdej sytuacji, nawet jeśli ten ruch będzie niewielki np. pstrykanie długopisem.

Tak jak w przypadku intensywnych reakcji, tu nie chodzi o to, że „trzeba się wybiegać”, bo rozpiera mnie energia. Niektóre temperamentne dzieci nie są tymi skaczącymi najwyżej i widocznymi w grupie od razu. Tym razem chodzi o ciągłość, uporczywość wykonywania ruchów. Po prostu muszą się ruszać, czymś majstrować, coś pociągać, zgniatać, mielić.

Tysiąc pytań na minutę

Najczęściej też w ciągłym ruchu jest język, bo temperamentne dzieci nie przestają mówić, buzia im się nie zamyka. Oczy dookoła głowy, skaczą z tematami i zadają tysiące pytań, od razu szukając odpowiedzi. Czasem szukają ich na własną rękę, co kończy się niekoniecznie przemyślanymi eksperymentami lub odzywkami.

Oczywiście, można takim dzieciom podrzucać zabawki sensoryczne, to jest bardzo dobry pomysł na ruch i to w zasadzie wszystko. Nie ma wyjścia, trzeba zaakceptować, że ten osobnik musi się ruszać, o wtedy lepiej mu się myśli i nawet oddycha. Uporczywość ruchów – to cecha charakterystyczna temperamentnego dziecka.

Zebrałam tutaj Kilka fajnych zabawek sensorycznych >>

7. Czy rytm dnia jest stały?

W wielu przypadkach rytm dobowy temperamentnego dziecko ma zaburzony, co jest dziwne, bo lubi, gdy rzeczy toczą się bez niespodzianek. W tym jednak wypadku stałą jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy maluch nabierze chęci, by iść spać.

Co nie znaczy, że nie warto próbować nauczyć dziecko, że ten rytm jest ważny i wręcz zbawienny dla organizmu, którym i tak targają w ciągu dnia skrajne emocje.

Jeśli w waszym przypadku osiem godzin snu to abstrakcja (tutaj mówimy o dzieciach powyżej 4 roku życia, bo wtedy najczęściej to się zaczyna normować), być może masz w domu temperamentne dziecko.

Więcej o tym, jak ważne dla rozwoju są stałe godziny snu napisałam w artykule pt. O której godzinie kładziesz dziecko spać? >>

8. Jak reaguje na nowe sytuacje?

Temperamentne dzieci, często widoczne od razu (bo głośne i „za bardzo”) na tle grupy, w nowych sytuacjach najczęściej się wycofują. Skoro już wiemy, że nie lubią niespodzianek, układa się to w sensowną całość, prawda?

Nowi ludzie, miejsca, zadania, niekoniecznie są witane z uśmiechem na twarzy, bo temperamentne dziecko potrzebuje więcej (niż inni) czasu do tego, żeby sobie wszystko przeanalizować, poznać (często przez dotyk/ruch), uporządkować i zrozumieć.

Trudności w adaptacji przedszkolnej 

To często maluchy mające problemy z adaptacją przedszkolną, z wejściem do nowej grupy. Nie pomaga fakt, że w wielu sytuacjach reagują „za bardzo”, bo to może przeszkadzać innym dzieciom i dorosłym. Bywa, że pierwsze próby zabawy z innymi dziećmi, przy generowanym przez temperamentne dziecko poziomie hałasu lub ogromnym roztargnieniu, połączone z niepewnością w danej sytuacji, są jednym wielkim fiaskiem.

Kiedy temperamentne dziecko poczuje się bezpiecznie, wtedy dopiero skłonne jest zejść z najwyższych tonów i skupić się na zapanowaniu nad pewnymi zachowaniami.

9. Jakie ma nastroje?

Już wiemy, że przeżywa intensywnie dramaty i radości. Warto też się zastanowić, czy mamy w domu dziecko widzące świat w różowych, czy może ciemnych barwach. Niektóre temperamentne dzieci popadają w skrajności, skupiając się na tym, co jest trudne, złe, na własnych błędach. Nie widzą natomiast sukcesów lub widzą, ale analizują wyłącznie pod kątem „co można było zrobić lepiej”.

Skrajny optymizm też nie jest tym, co daje poczucie stabilizacji. Tacy ludzie często mają wygórowane wyobrażenia i niedostosowane do swoim możliwości ambicje (plany). To często kończy się rozczarowaniem, a przecież miało być tak pięknie.

Już wiemy, że też nie zawsze chodzi o te bardzo widoczne reakcje, ale o intensywność przeżycia. Czasami temperamentne dziecko cieszy się, choć w zasadzie nie pokazuje tego na zewnątrz. Trzeba je dobrze znać, by wiedzieć, co dzieje się w środku i w razie czego wkroczyć z pomocą, bo z radością to jeszcze prosta sprawa. Gorzej, gdy mamy do czynienia z nieuzewnętrznioną, ale intensywnie przeżywaną porażką albo smutkiem, lękiem.

Samoregulacja

Autorka „Temperamentnego dziecka” podpowiada techniki komunikacyjne i przede wszystkim pomagające samoregulować się, konkretnie pewne zachowania. Co ważne, chodzi o techniki dla rodzica i dziecka.

Słowo samoregulacja jest jednym z ważniejszych w wychowaniu wspierającym, bo pozwala nam rozpoznać stan zapalny, jeszcze przed wybuchem. Jedną z takich propozycji jest podział na trzy strefy kolorystyczne tego, co dzieje się z nami – emocjami i ogólnie samopoczuciem.

Jak pomóc sobie i dziecku?

  • Strefa zielona to ta bezpieczna, w której czujemy się dobrze.
  • Strefa żółta to moment, kiedy coś jest nie tak, czujemy się gorzej, ale jeszcze nie ma dramatu.
  • Strefa czerwona, wiadomo – alarm.

Może najłatwiej będzie zrozumieć to na konkretnym przykładzie – problemy z koncentracją na zadaniu. Wyobraźmy sobie, że mówimy coś do dziecka, a ono reaguje na:

  • zielono – patrzy na nas i widzimy, że słucha,
  • żółto – niby słucha, ale zerka w bok, wyraźnie coś innego je zajmuje,
  • czerwono – odwraca wzrok, ucieka, chowa się.

Podobnie można działać w różnych innych sytuacjach, a już najlepiej ćwiczyć je w związku z tymi dziewięcioma powyższymi podpunktami, jeśli uznacie, że któryś z nich bardzo dotyczy dziecka (lub rodzica).

Dziecko się bawi

Można to też praktykować podczas zabawy, bo to taki obszar, w którym często właśnie to temperamentne za bardzo jest widoczne.

  • Zabawa w sferze zielonej – dziecko jest zaangażowane;
  • zabawa w sferze żółtej – dziecko przerywa jedno zajęcie i przeskakuje do kolejnego, potem następnego, nie może sobie znaleźć miejsca lub kompletnie porzuca zabawę (która zazwyczaj sprawia mu przyjemność);
  • zabawa w sferze czerwonej – dziecko ekscytuje się, wariuje, wygłupia, nie zważając na innych (łącznie z popychaniem, szarpaniem itd.).

Jeśli zdołamy wyłapać pewne reakcje na poziomie żółtym (bardzo często ignorujemy właśnie ten pośredni stan), o wiele łatwiej przyjdzie nam zażegnać ewentualną aferę, histerię czy kłótnię, która już czeka dwa kroki dalej w strefie czerwonej.

Norma czy nie?

Przyznaję, że tych 9 temperamentnych punktów nie są jakimś odkryciem Ameryki, jeśli chodzi o wychowanie, jednak przeanalizowanie technik proponowanych przez autorkę, ma wiele sensu, jeśli jesteś rodzicem, który czuje się zagubiony. Niby wiesz, że kochasz dziecko, że ogólnie dajecie sobie rade, ale też masz nerwy jak postronki, bo wiecznie „z czymś wyskoczy”.

Analizując tych 9 pytań, możesz się też zastanawiać, jak to się ma do norm 9rozwojowych) i ich przekraczania. Nielubienie hałasu może mieć przecież związek zaburzeniami integracji sensorycznej, niekoniecznie z temperamentem. Sama się nad tym zastanawiałam i przekonuje mnie argument mówiący o tym, że ta skala określania temperamentu jest „normą”, a wszystko poza nią powinno się skonsultować ze specjalistą.

Czyli nawet jeśli mamy dziecko, któremu dajemy 10 punktów przy wszystkich tych pytaniach, nadal jest to norma. Temperamentne dziecko jest normą.

Jasne, że zawsze można (bardzo polecam) wybrać się do specjalisty, jeśli się niepokoimy konkretnymi zachowania. Jednak prawda jest taka, że często rozmawiam z rodzicami, którzy mówią, że już byli u specjalisty i powiedział, że wszystko w porządku. A dziecko dalej nie słucha, jest „za bardzo” i nic do niego nie dociera. Właśnie to jest temperamentne dziecko – w normie rozwojowej, ale na skraju skali.

Temperamentne dziecko

Zostawiam jeszcze książkę, na podstawie której przygotowałam artykuł. Mam nadzieję, że rodzice szukający wsparcia z powodu zagubienia i wyrzutów sumienia (co robię nie tak) znajdą tu wiele odpowiedzi. Wiem, że je tu znajdziecie. 

temperamentne-dziecko

Jeszcze 5 minut!

Jeszcze 5 minut!

„Jeszcze 5 minut!” może być zdaniem-zapalnikiem, które sprawia, że my (czyli rodzice) zaczynamy się wkurzać. Jednak może też być bardzo wygodnym elementem komunikacji z dzieckiem. Wszystko zależy od naszego nastawienia do tych nieszczęsnych minut.

Pewnie wiele osób kojarzy sytuację, w której prosimy lub przypominamy o codziennej czynności np.: Umyj zęby. Moja córka ma 11 lat i wakacje. Przypominam jej, że po śniadaniu myje się zęby, bo ma tyle na głowie („naście” ma na głowie), że zdarza jej się zapomnieć o tym na kilka godzin. Ta sama sytuacja może dotyczyć podniesienia plecaka z podłogi, wyjęcia naczyń ze zmywarki, powieszenia prania, odrobienia zadania domowego, takiej po prostu codzienności.

Zawsze, ale serio, zawsze słyszę, że zrobi to za 5 minut lub pytanie: Mogę za 5 minut? Na początku mnie to irytowało, bo skoro proszę to nie po to, żeby sprawy odwlekać. Mamy w sobie czasem taką potrzebę egzekwowania od dzieci obowiązków tu i teraz, co dość często kończy się kłótnią, gderaniem lub po prostu zgrzytami.

Daj dziecku czas

W przypadku małych dzieci chyba jest trochę łatwiej, bo dużo mówi się o tym, że trzeba maluchowi dać czas na przejście od jednej czynności do kolejnej, dlatego przy młodszych dzieciach sami dbamy o tych 5 minut przejścia.

Małemu człowiekowi bardzo trudno po prostu przestawić się z jednej czynności na kolejną, bo dziecko bawi się całym sobą, wciąga na tysiąc procent w daną czynności. To sprawia, że prośby o zakończenie zabawy czy posprzątanie zabawek, wyjście z placu zabaw itp. bywają powodem do histerii.

Nie dość, że trzeba przerwać miłą czynność to jeszcze sprawy nie idą po mojej myśli. O tych młodszych dzieciach napisałam całkiem sporo w artykule pt.

Jak powiedzieć, żeby dziecko posłuchało? >>

Dziecko nie chce?

Wracając do starszych, tu raczej po prostu oczekujemy działania, bez konieczności zwlekania choćby 5 minut, a powody tych oczekiwań nie zawsze są tak do końca racjonalne.

  • Każdy ma swoje obowiązki.
  • Mówię coś do ciebie.
  • Zawsze mówisz, że później.
  • Teraz to teraz i koniec.
  • Siedzisz pół dnia przed ekranem, zrób, o co cię proszę.

Wybucha i pyskuje?

Wydawać by się mogło, że to całkiem sensowne powody, jednak kiedy przyłożymy je do siebie (do tego, jak my byśmy się zachowali w danej sytuacji), to chyba mało kto rzuca wszystko tylko dlatego, że został poproszony o przyniesienie herbaty lub posprzątanie łazienki. W przypadku dorosłych okazuje się, że kawa jest ważniejsza i nic się nie stanie, jak łazienka poczeka 5 minut aż dopiję. 


Zmiana nastawienia

Mój stosunek do tej prośby o jeszcze 5 minut uległ więc zmianie, nie wymagam rzucenia wszystkiego od drugiego człowieka, a tych 5 minut naprawdę nikomu nie robi różnicy. Już z pewnością nie robi krzywdy mojemu rodzicielskiemu autorytetowi (Dajesz się wodzić za nos – usłyszałam kiedyś od cioci).

Jak reagować na te życzliwe docinki i dobre rady napisałam cały artykuł: Co mówić, kiedy inni krytykują twoje metody wychowawcze? >>

blog tylko dla mam 5 minut

Odpowiedzialność po stronie dziecka

Prawda jest taka, że tych 5 minut jest elementem komunikacji, który pomaga dziecku wziąć odpowiedzialność za swoje słowa i zrobić co ma do zrobienia bez zbędnego marudzenia.

Nie zdarzyło się nigdy, żeby dziecko po upływie 5 minut (które samo ze mną ustaliło, bywa to czasem też kwadrans) miało muchy w nosie i nie chciało współpracować. O ile kilkulatek może mieć z tym problem, tak dla starszego dziecka (10+) wynegocjowanie kilku minut sygnał dla rodzica: słyszę, rozumiem, zrobię „w swoim czasie”. Ale też pokazanie, że decyduję o swoich działaniach.

Czy warto spróbować? Jasne, zwłaszcza jeśli często kłócicie się o takie proste czynności – Ty naciskasz, upominasz, przypomnisz, a dziecko przyzwyczajone do takiego obrotu spraw, w wyuczony sposób czeka na te przypominajki i nawet nie przyjdzie mu do głowy, że jednak odpowiedzialność leży po jego stronie.

A co, jak nie zrobi po tych pięciu minutach?

U nas kilka razy scenariusz wyglądał mniej więcej tak.

  • Po upływie czasu, jeśli samo tego nie przypilnowało, rzucam tylko – minęło 5 minut i tyle.
  • Zazwyczaj słyszę „OK” i po kolejnej minucie kroki w kierunku łazienki czy zmywarki.
  • Jeśli jednak dziecko oleje Wasze ustalenia, wejdź do pokoju i powiedz, że: olało, że to nie fair, że odpowiedzialność po jego stronie itd.
  • Bez awantury czy kary w postaci szlabanu na telefon. Z rozmową.
  • Zapytaj, co proponuje w tej sytuacji pogadajcie, jak to ma się dalej potoczyć (to wciąż jego odpowiedzialność).
  • Pewnie zaproponuje, że teraz to zrobi i w porządku, tylko też warto przypilnować, żeby następnym razem sytuacja się nie powtórzyła. Jasno ustalcie, co się wydarzy, jeśli się powtórzy (konsekwencje wykombinujcie wspólnie).

Pięknie dziękuję

Jeszcze jedna ważna rzecz, o której staram się pamiętać. Zawsze, ale to zawsze dziękuję za przyniesienie mi herbaty, wyjęcie naczyń ze zmywarki czy jakikolwiek inny obowiązek, który nie jest jakąś szaloną atrakcją, ale pomaga ogarnąć nasze domowe życie.

Mogę oczywiście pomyśleć: Obowiązek to obowiązek, nie ma za co dziękować. Jednak to robię (oczywiście nie za umycie zębów czy lekcje), bo ludzie lubią, kiedy się ich pracę docenia.

To pokazuje dziecku, że widzę jego wkład w funkcjonowanie gospodarstwa domowego. Ja też lubię się czuć doceniona, gdy ugotuję pyszny obiad, każdy lubi.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

nowy Instagram Anna Jankowska

3 proste nawyki uczące panowania nad emocjami

3 proste nawyki uczące panowania nad emocjami

3 proste nawyki pozwalające nauczyć dziecko panowania nad emocjami i bez obawy – nie chodzi tu o tłumienie ich lub zamiatanie pod dywan.

Panowanie nad emocjami to rozumienie ich, a tym samym tego, co może dziać się ze mną lub drugim człowiekiem.

W tym odcinku podcastu przybliżę nawyki związane z zachowaniami empatycznymi, bo do tego często sprowadza się panowanie nad emocjami.

Do zrozumienia emocji

Uspokajam wszystkich zestresowanych użyciem wyrażenia „panowanie nad emocjami”, nie chodzi o ich tłumienie, tylko rozumienie.

Panowanie, jako umiejętność nazwania sytuacji, rozumienia danego zachowania, ale też wiedza, jak pomóc innym w potrzebie.

Dlaczego nawyki?

Zależy nam na tym, żeby były zakotwiczone w głowie, niejako automatycznie przychodziły na myśl w konkretnej sytuacji. Działanie nawykowe wiele ułatwia, ale żeby tak podchodzić do pewnych sytuacji, trzeba po prostu dużo ćwiczyć.

Czasem wydaje nam się, że już dziecko „powinno wiedzieć”, bo tyle razy była o tym mowa. Ręce opadają, gdy po raz kolejny trzeba przypominać. Więcej o tym naszym rodzicielskim zwatpwieniu napisałam w artykule: Mówię „Nie wolno!”, a ten dalej swoje >>

Dziecko rozmawia emocjami

No trudno, trzeba powtarzać i ćwiczyć, jeśli jest się rodzicem, bo – tak ogólnie – chodzi o to, żeby wychować radzącego sobie dorosłego. To oznacza, że gdy mamy w domu dziecko, ono jest w procesie… zresztą więcej niż jednym. Ono poznaje dopiero świat, ludzi, emocje i zakładanie, że już powinno wiedzieć, jest trochę na wyrost.

Skoro jest w procesie, ma prawo do potknięć.

Nie chcę być źle zrozumiana, nie chodzi o to, żeby od dziecka nie wymagać niczego, bo jeszcze się uczy i jeszcze jest dzieckiem. Więcej na ten temat napisałam w artykule: Podążanie za potrzebami dziecka >>

Zależy mi jednak na tym, żeby mieć świadomość, że jesteśmy (razem z dzieckiem) w fazie ćwiczeń, co oznacza, że raz będzie lepiej, raz gorzej. Dorośli też nie zawsze panują nad emocjami, prawda?


plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Neofobia żywieniowa u dziecka? Przeczekać czy działać? Czym jest neofobia żywieniowa i jak możesz pomóc swojemu dziecku? Wielu rodziców martwi się lub zastanawia, czy już się martwić, bo dziecko nie chce jeść. Nie przepada za nowymi potrawami i próbowaniem nowych smaków.

Często wtedy dostaje się porady typu: Wyrośnie z tego. Oczywiście, są takie etapy w rozwoju dziecka, kiedy z dystansem podchodzi się do próbowania nowych smaków.

Ostrożny dwulatek

Często widać to u 1,5 latków i 2-latków. Zerkając na sprawę z zupełnie naturalnego punktu widzenia, to czas, kiedy dziecko schodzi z rąk mamy i samodzielnie stawia pierwsze kroki. Gdyby z radością rzucało się do zjadania wszystkie, co wpadnie mu w ręce, byłby problem. Dlatego ostrożność (mylona z brakiem apetytu) w tym wieku, jest przejściowym etapem. Dziecko z czasem nauczy się, co można jeść, co lubi, co nie jest dobrym pomysłem.

Więcej na ten temat (bo niechęć często nie dotyczy tylko jedzenia) napisałam w artykule pt. Dlaczego dziecko nie chce próbować nowych rzeczy? >>

Dzisiaj jednak chcę się skupić na tym momencie, w którym niechęć do dziecka staje się ogromnym, długotrwałym problemem. Autorką artykułu jest dietetyczka żywieniowa Zuzanna Kłos.

Czym jest neofobia żywieniowa?

Neofobia żywieniowa to stan, w którym dziecko unika próbowania i spożywania nowych produktów. Oczywiście to zaburzenie (bo niestety tak to jest klasyfikowane) czasami dotyczy także osób dorosłych, które nie otrzymały w porę odpowiedniej pomocy. Wszystko tak naprawdę zaczyna się w pierwszych miesiącach życia.

Dziecko neofobiczne to nie to samo co dziecko, które często określane jest mianem „niejadka”. Neofobia to nie jest wybrzydzanie czy grymaszenie. Niejadek je mało, a nawet jak proponujemy mu coś nowego, to skubnie, choćby z ciekawości albo „dla świętego spokoju”.

Dziecko z neofobią będzie zaciskać usta, zatykać je rękami, próbować odejść od stołu. Może też zacząć krzyczeć lub płakać, jeśli poczuje presję.

Skazani na neofobię?

Niestety neofobia jest cechą po części uwarunkowaną genetycznie, ale płeć dziecka nie ma z tym związku, przynajmniej do tej pory badania tego nie potwierdziły. Oznacza to, że jeśli ty lub tata dziecka w dzieciństwie mieliście neofobię, to dziecko też tak może reagować na nowości w diecie.

Dobra wiadomość jest taka, że późniejsze preferencje żywieniowe dziecka możemy kształtować już w czasie ciąży, poprzez jedzenie różnorodnych produktów! Smaki pokarmów przenikają do wód płodowych, które dziecko połyka.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Od początku

Ważnym okresem jest oczywiście moment rozszerzania diety i lata dzieciństwa. Do około roczku, dziecko jest otwarte na poznawanie. To wtedy odkrywa nowe smaki, ale też obserwuje rodziców i osoby najbliższe. Wasz sposób odżywiania i nawyki, silnie działają na późniejsze zachowania i preferencje żywieniowe dziecka.

neofobia dietetyk

Rodzic daje przykład

Zawsze to mamom powtarzam: jesteś pierwszym, największym i najważniejszym wzorem dla swojego dziecka. Dziecko będzie Cię naśladować, czy tego chcesz, czy nie. Dlatego tak ważne jest dla mnie podpowiadanie rodzicom, żeby zawsze jedli razem z dzieckiem.

Neofobia u małych dzieci jest najczęściej skorelowana ze zbyt późnym (albo zbyt powolnym) rozszerzaniem diety oraz ze zbyt rzadkim kontaktem dziecka, z danym produktem w okresie niemowlęcym.

Czasami rodzice rezygnują już po jednej albo kilku próbach podania jakiegoś warzywa czy dania, jeśli dziecko wypluwało lub nie chciało zjeść pełnej porcji. Fakt jest taki, że im częściej dziecko próbuje, bądź je określony produkt, tym szybciej go zaakceptuje i polubi.

Więcej o sposobach na niejadka opowiedziałam w artykule: Sprawdzone sposoby na niejadka >>

Zrozumieć neofobię

Na początek wyobraź sobie, że Aborygeni jedzą larwy ciem. Dla statystycznego Polaka takie dania są zbyt dużym wyzwaniem. Jeśli myśl o zjedzeniu larwy cię nie przeraża, to wyobraź sobie inną potrawę napawającą cię obrzydzeniem. Co by się musiało stać, żebyś zjadła to „coś”?

Co więcej, nie chodzi o samo połknięcie larwy z zamkniętymi oczami i szybkie popicie sokiem, tylko o świadome wzięcie larwy do buzi!

  • Prawdopodobnie musiałabyś zobaczyć, jak inne osoby to jedzą i w dodatku zachwycają się jej smakiem.
  • Po drugie musiałabyś się napatrzeć na larwy…i to wiele razy.
  • Po trzecie pewnie musiałabyś najpierw dotknąć larwy, a potem powąchać. I prawdopodobnie nawet to by Cię nie przekonało.
  • Możliwe, że nigdy byś nie spróbowała larwy w sosie własnym, ale widząc chrupiąca larwę na pizzy, w końcu byś się odważyła i odgryzła kawałek.

I tak mniej więcej działa dziecko, które „wychodzi” z neofobii. Małymi, sukcesywnymi krokami. Zauważ, że gdyby ktoś Cię karmił larwami na siłę, to Twoja złość i odraza tylko by rosły.

Jak pomóc dziecku z neofobią żywieniową?

Pierwszym krokiem jest opatrzenie się z danym produktem. Patrzenie na daną rzecz sprzyja akceptacji. Jak to może wyglądać w praktyce? Weźmy na przykład neofobię przed zjedzeniem jabłka (tak, są takie dzieci).

Możesz zabrać dziecko na targowisko i pokazać różne rodzaje jabłek. Zapytać, które mu się najbardziej podobają, w jakim kolorze. Możesz poprosić, aby dziecko wybrało kilka najładniejszych (jego zdaniem) jabłek i wsadziło do koszyczka/woreczka, aby je później kupić.

Jeśli nie będzie chciało ich dotknąć to trudno, może tylko wskazać palcem. Po powrocie do domu ułóż czyste jabłka na dużym talerzu/misce, aby były na widoku. A potem codziennie pokazuj dziecku, że jesz jabłko i mimochodem proponuj dziecku małego gryza.

Dawkuj nowości

Kolejna sprawa, że takiemu dziecku należy dawkować nowości. Wrzucenie na talerz 5 brokułów może zwyczajnie wystraszyć, bo neofobia wiąże się ze strachem.

Ogólnie, jako ludzie lubimy to, co znajome, a boimy się tego, co nowe. To zasługa naszego mózgu, który w ten sposób chroni nas przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

W związku z tym rzucanie dziecka na głęboką wodę i oferowanie talerza pełnego nowości, będzie wyzwalało falę obezwładniającego strachu.

Lepiej dokładać małe ilości nowości do tego, co dziecko lubi jeść np. jedną różyczkę brokuła do ulubionego makaronu, czy kilka marchewkowych frytek do zwykłych ziemniaczanych.

Tylko dotknij

Sam dotyk jest jak przełamanie bariery. Od maleńkości pozwalaj dziecku jeść rączkami i nie wycieraj za każdym razem, gdy się ubrudzi. Pokaż, że może oblizać paluszki w czasie i po posiłku.

Moje fuj!

Kolejna sprawa to nasz stosunek do jedzenia. Bardzo często przenosimy na dziecko własną niechęć do jakiegoś smaku.

Mama nie lubi kalafiora, to nie gotuje zupy kalafiorowej. To duży błąd. Tym bardziej, jeśli wiemy, że w przyszłości dziecko pójdzie do żłobka czy przedszkola, a tam na pewno, od czasu do czasu będzie na obiad kalafiorowa.

Ciasteczko za buraczka?

Jeśli nie chcesz dodatkowo gloryfikować pysznych przekąsek i przy okazji zniechęcać dziecka do tradycyjnych produktów (o wiele mniej słodkich), to nie używaj ich jako nagrody.

Ciasteczko za zjedzenie buraka sprawi, że burak stanie się przykrą koniecznością. Trochę jak połknięcie niesmacznego lekarstwa.

Z drugiej strony, skoro zależy Ci, aby dziecko w ogóle spróbowało nowości, warto przewidzieć jakąś nagrodę, choćby naklejkę. Wtedy często chęć uzyskania nagrody przełamuje opór. Sztuka polega na tym, aby dążyć w dobrym kierunki, nie wpajając dziecku przez przypadek, złych nawyków.

Neofobia a temperament dziecka

Zauważono, że poziom neofobii jest związany z temperamentem i wrażliwością dzieci. Jeśli Twoje dziecko jest nieśmiałe i źle znosi zmiany, to prawdopodobnie będzie także opierać się przed zmianami na talerzu.

W takiej sytuacji szczególnie ważna jest serdeczna i spokojna atmosfera podczas posiłków. Nawet jeśli czujesz narastającą złość, frustrację, niemoc i zniecierpliwienie wobec postawy dziecka, nie okazuj tego.

Wspierający rodzic

Pozwól dziecku jeść we własnym tempie. Nikt nie lubi pospieszania. Dziecko powinno móc spędzać przy stole tyle czasu, ile potrzebuje. Nie komentuj czasu spędzonego „nad talerzem” i nie porównuj dziecka do innych pod tym względem.

Neofobia dziecko z neofobią żywieniową

Dlaczego to takie ważne?

Z badań wynika, że dzieci z neofobią żywieniową najczęściej mają niedobory, które w dłuższej perspektywie odbijają się na ich zdrowiu. Takie dzieci mają bardzo ograniczone menu. Najczęściej ubogie w warzywa i owoce, a bogate w przekąski lub produkty o małej gęstości odżywczej. Niestety, brak dobrego jedzenia, duże niedobory oraz złe nawyki prowadzą w prostej linii do chorób dietozależnych.

Na koniec chcę podkreślić fakt, że większość dzieci wyrasta z neofobii żywieniowej, pod warunkiem, że będziesz blisko dziecka i zechcesz mu pomóc. To z pewnością trudny i stresujący okres zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Wniosek jest jeden – odżywiaj się jak najlepiej i pokaż dziecku jakie to ważne, ale przede wszystkim przyjemne.

Zuzanna Kłos, dietetyk dziecięcy, www.dietetykasmyka.pl >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!

Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

W tym odcinku podcastu Nie Tylko dla Mam skupimy się na impulsywnych zachowaniach 4-5 latków. To te momenty, gdy prosimy dziecko, żeby zaczekało dosłownie chwilę, a ono słysząc naszą prośbę i tak to robi… nie czekając.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której proponujemy dziecku, że wspólnie zrobimy ciasto na naleśniki. To jest najczęściej wielka frajda, wszyscy są zadowoleni. Maluch, bo spędzi czas z rodzicem, na bardzo fajnym babraniu w miksturze z mąki, jajek itd. My też się cieszymy, że wspólnie gotujemy obiad.

Po przygotowaniu wszystkich składników prosimy 4-5 latka, żeby dosłownie kilka sekund zaczekał, przyniesiemy tylko jego fartuch kuchenny. Po co nam kolejna brudna bluzka, prawda?

Niby prosty komunikat, jednak do malucha jakoś nie dociera. W trakcie tych kilku sekund (od prośby do przyniesienia fartucha), nasz mały kucharz zdążył już wsypać mąkę do miski i w kilka innych miejsc przy okazji. Ubrudzić sobie rozbitym jajkiem bluzkę i uwinąć z całą masą czynności, choć jedyne co miał zrobić, chwilę zaczekać.

Jak mam to powiedzieć?

4-5 latki dość często działają pod wpływem impulsu, a my się denerwujemy. Niby wiedzą, że powinny zaczekać, ale zwyczajnie nie potrafią. To nie jest złośliwe [1] zachowanie, nie robią tego z przekory, ani dlatego, że gdzieś popełniliśmy błąd wychowawczy. Są na tym etapie rozwoju, kiedy czekanie bywa trudne. Czasem się udaje, innym razem nie.

Dlatego warto wykorzystać tego rodzaju sytuacje do ćwiczenia jakże bardzo przydatnej umiejętności. Czekanie jest do wyćwiczenia.

Zrobię to teraz!

W sumie to zupełnie naturalne, że dzieci często działają pod wpływem impulsu. Bardzo wiele mówi się o włączonym mózgu gadzim, kiedy jesteśmy w dużych emocjach. Najczęściej jednak mówimy o tym przy okazji tych trudniejszych emocji – gniew, irytacja, złość [2]. Więcej w nas wyrozumiałości dla niedojrzałości emocjonalnej dzieci, gdy chodzi o akcje związane z gniewem. O wiele mniej, gdy chodzi o radosne sytuacje, ekscytacje z powodu wspólnego robienia naleśników.

Wystarczyło zaczekać!

Wtedy często mówimy poirytowani: No przecież wystarczyło zaczekać chwilę, tych kilka sekund by cię zbawiło? A teraz, wszędzie bałagan, ty brudny!

Cała frajda ze wspólnego czasu nagle gdzieś pryska. A przecież to ten sam pierwotny impuls, tylko w nieco innym wydaniu, skłania 4-5 latka do działania zamiast czekania. Emocje [3] są tak duże, że nie da się racjonalnie podejść do sprawy. To znaczy, da się, tylko trzeb to często ćwiczyć.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Nie umie czekać

Współczesne dzieci mają trudniej, bo nie ma zbyt wielu okazji do ćwiczenia cierpliwości. Kiedyś na większość rzeczy trzeba było długo czekać, dzisiaj niemal wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Więcej opowiedziałam o tym w artykule pt.

Daj mi! Chcę to! Dlaczego ze współczesnymi dziećmi tak trudno czasem wytrzymać? >>

Bardzo pomocne w nauce panowania nad takimi impulsywnymi zachowaniami jest pokazanie, że to się opłaca, bo każde zachowanie rodzi jakieś konsekwencje. Skoro dziecko upaprało koszulkę, idźcie ją przebrać.

Wiem, kusi, żeby już zostać i dobrudzić, machnąć ręką i powiedzieć, że już trudno. Jednak przerywając pieczenie, idąc się przebrać, dajemy dziecku chwilę na opanowanie nadmiernej ekscytacji. Pokazujemy też, że warto zaczekać kilka sekund, bo wtedy nie trzeba przerywać zabawy (robienia ciasta).

Ta dziecięca spontaniczność

Absolutnie nie namawiam do zabijania w dzieciach spontanicznej radości w najróżniejszych sytuacjach, bo też nie każdy dziki obaw szczęścia, sprowadzamy do lekcji panowania nad impulsami.

Jednak chyba wszyscy mają świadomość, że wychowujemy dziecko, które ma sobie w przyszłości umieć poradzić z własnymi emocjami oraz potrafić zachować się wśród rówieśników czy w różnych miejscach, no być ogarniętym człowiekiem, a nie przysłowiową świętą krową, której wszystko wszędzie wolno.

Nie zawsze i nie wszędzie możemy podawać się działaniom pod wpływem impulsu i to jest naprawdę ważna informacja dla dziecka. Ułatwi mu (i reszcie świata) funkcjonowanie na co dzień.

Pokaż, jak czekać

Jeszcze jeden sposób na ćwiczenie tych nieco bardziej opanowanych zachowań to po prostu przykład z naszej strony. Na pewno czasem mamy wielką ochotę obejrzeć fajny serial czy przeczytać książkę tu i teraz, ale nie robimy tego, bo wiemy, że opłaca nam się poczekać. Jeśli nie poczekamy, to np. obiad nam się przypali albo sterta brudnego prania zasypie łazienkę.

Pokazujmy dzieciom, że my też nie zawsze działamy pod wpływem impulsu, choć mamy wielką ochotę. Poczekanie wymaga wysiłku, ale warto go włożyć i docenić, kiedy następnym razem uda się na ten fartuch zaczekać: Super, ty nie ubrudziłeś bluzki, nie musimy przerywać pieczenia, a w dodatku ja mam mniej prania, bo nie musiałem się przebierać. Kilka sekund, a ile korzyści i wszyscy w dobrych humorach.

Złap dystans, rodzicu!

Chciałabym też bardzo wyraźnie podkreślić, że czasem nasze dorosłe oczekiwania mocno przerastają możliwości dzieci. W przypadku tzw. panowania nad emocjami czy impulsami to naprawdę jest dopiero początek.

Najczęściej, gdy pojawia się świetny pomysł, w głowie dziecka zapala się lampka: Zrobię to! I już, nic więcej się nie liczy. 4-5 latki często działają pod wpływem impulsu i w porządku, mają do tego prawo, bo przed nimi lata nauki. Im więcej ćwiczeń, tym oczywiście lepiej.

Warto też zabezpieczyć te nasze oczekiwania, upewniając się, że dziecko rozumie, o co prosimy. W przypadku zapalnego do działania 4-5 latka sprawy wcale nie są oczywiste.

O ile możemy wytłumaczyć różne zachowania półtoraroczniaków [4] i dwulatków brakami w komunikacji, tak już 4-5 latki wydają się gadułami więc wysnuwamy prosty wniosek: Komunikuje się w porządku, to znaczy, że mnie rozumie.

Czterolatek i współpraca

Jednak w dużych emocjach (radość też do tego oczywiście zaliczmy) dzieci słyszą, ale nie kodują w głowie słów. Dziecko może przytaknąć i czujesz, że przystało na prośbę zaczekania, ale w wielu przypadkach to tylko takie „na odczep się, żeby szybciej zacząć”. W głowie wciąż pali się lampka: Robię! Jak robimy, to robimy! To jest komunikat przewodni, żadne tam czekanie.

Wiele sobie ułatwimy, jeśli upewnimy się, że nasza prośba dotarła do rozemocjonowanego 4-5 latka. Wystarczy kucnąć, spojrzeć w oczy dziecka, złapać kontakt i poprosić, żeby zaczekało. Upewnić się, że komunikat dotarł do bazy. Tym prostym sposobem czasem udaje się zaoszczędzić sobie irytacji, dziecku marudzenia (Co? Muszę się przebierać?), a pralce prania.

Więcej o sposobach wspierania koncentracji dziecka w komunikacji opowiedziałam w odcinku pt. Dlaczego on mnie nie słucha? Najpierw naucz słyszeć, wtedy zacznie słuchać >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!

Dlaczego 2-3 latek chce rządzić dorosłymi?

Dlaczego 2-3 latek chce rządzić dorosłymi?

Warto czasem pozwolić dziecku porządzić, choć w pierwszym odruchu rodzicielskiego budowania autorytetu, włącza nam się czerwona lampka, że jak to? Rośnie mały tyran? Raz pozwolę, zawsze będzie chciało, wyrośnie mały tyran. Dlaczego mój 2-3 latek chce rządzić?

Może kojarzysz sytuację, w której 2-3 latek (bo o nich tym razem mowa w głównej mierze) upiera się, że nie możesz siedzieć na kanapie tylko na fotelu. Czasem też się upiera, że tata nie ma iść z lewej tylko z prawej strony podczas spaceru.

On jest taki uroczy

Czasem podchodzimy do tego, jak do uroczej sytuacji i bez zastanowienia robimy to, czego domaga się dziecko. I w sumie to jest bardzo dobre podejście, o ile te sytuacje nie są utrudnianiem życia drugiemu człowiekowi lub całej rodzinie.

Jeśli więc tak naprawę wszystkie jedno, gdzie w tym momencie będziesz siedzieć, warto pozwolić dziecku na takie rządzenie się.

Daję sobie wejść na głowę?

Czasem włącza nam się jednak niepokój, że przecież wyrośnie nam zaborcze dziecko, będzie się domagało ustępowania zawsze i wszędzie.

Jednak po przemyśleniu sprawy na spokojnie, pewnie szybko dojdziesz do wniosku, że nic się nie dzieje (w wychowaniu) raz na zawsze. Przecież to jest proces i jeśli od czasu do czasu dziecko przejmie kontrolę, może to mieć dobry wpływ na jego rozwój. I ma! Takie przejmowanie kontroli przez 2-3 latki jest ważnym narzędziem komunikowania się ze światem.

Jak się dogadać z 2-3 latkiem?

Dzieci w tym wieku dość często jeszcze mówią niewyraźnie, słabo, czasem wcale. Oczywiście masa 2-3 latków mówi płynnie, jednak warto też pamiętać, że trochę czym innym jest wypowiadanie słów, a czym innym umiejętność ubrania w słowa emocji, przeżyć czy pragnień. Czasem dwulatek chce, coś próbuje powiedzieć, ale ma za mało zasobów (i umiejętności), żeby jasno wyartykułować swoje pragnienie. Stąd też często powody do histerii.

Kiedy dziecko mówi (lub bierze za rękę i bardziej pokazuje, niż mówi): Mamo, usiądź na tamtym fotelu, nie tu, jest to coś więcej niż „bycie na nie” lub „ja chcę”.

Słowa mają moc

2-3 latek niedawno odkrył, że mówienie ma moc. Nie, tylko jeśli chodzi o komunikowanie o potrzebie jedzenia czy przytulenia, ale też ma wpływ na świat. Kojarzysz taką żaróweczkę zapalającą się nad głowami bohaterów w kreskówkach, gdy genialna myśl ich dopada? To jest ten moment! Przestawianie rodzica z lewej na prawą, jest badaniem odkrycia, którego właśnie dziecko dokonało.


Mam wpływ na innych! Wow! Jeśli więc sytuacja pozwala, pozwól maluchowi pokierować, żeby wiedział, że jego słowa liczą się i mają moc sprawczą. Oczywiście 2-3 latek nie będzie rozważał tego na poziomie wychowawczo-filozoficznym, ale my, dorośli, wiemy, że to ważne dla budowania samodzielności. dlaczego-dziecko-chce-rzadzic-doroslym-podcast-nie-tylko-dla-mam

Testowane na rodzicach

Zamiast więc stresować się czerwonym światełkiem, można się ucieszyć, że nasze dziecko odkrywa moc sprawczą swoich słów i działań. Odważnie testuje na osobach, które zna i którym ufa. Jeszcze nie raz i nie dwa będziesz obiektem testowania, co też nie zawsze musi się podobać każdemu dorosłemu. Dlaczego przy innychjest grzeczne, a przy mnie zaczyna wariować >> Jeśli sytuacja nie sprzyja rządzeniu się, dziecko taki komunikat również powinno przepracować. Jasne, że się zdenerwuje, nie spodoba mu się, że rodzic się nie zgadza. Wtedy pewnie potrzebne będą pokłady cierpliwości, dzięki którym pomożemy 2-3 latkowi przebrnąć przez etap rozpaczy (histerii) z powodu naszej odmowy. To też przecież część uczenia się komunikowania ze światem, nie zawsze słyszymy „tak” w życiu, prawda? I nie jest to koniec świata.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Dlaczego tak robi?

Pewnie większość rodziców zauważyła, że w 2-3 latkach budzi się lekki terrorysta, kiedy rzeczy dzieją się inaczej niż zwykle. Jeśli mama zazwyczaj siadała na żółtym fotelu, a teraz usiadła na kanapie, jest większe prawdopodobieństwo, że dziecko będzie chciało przywrócić sprawy do stanu normalności. Jego normalności.

Maluchom w tym wieku takie rutynowe działania, stabilizacja i unormowany plan dnia, dają poczucie bezpieczeństwa >>.

Powtarzaj do znudzenia

Nowe sytuacje bywają trudne, czasem wręcz przerażające, dlatego, jeśli tylko można, warto dziecko uprzedzać o tym, co się wydarzy. Nie mówię wyłącznie o nowych sytuacjach, bo to konieczność. Mówię też o codzienności, którą (teoretycznie) dziecko dobrze zna: Po obiedzie pójdziemy na spacer. Na plac zabaw, tam, gdzie zawsze.

Wiemy, że dziecko wie. Ono też wie, że wie, ale i tak warto opisywać (na głos) to, co wydarzy się w najbliższym czasie. W tych planach nie nie ma sensu, snuć wizji dalekiej przyszłości, bo to dla 2-3 latka jednak zbyt abstrakcyjne.

Emocje rodziców

Jeśli wciąż się obawiasz, że przez to „rządzenie”, dziecko przestanie cię słuchać, może uspokoi informacja, że tak naprawdę to jest twoja decyzja. Ty decydujesz czy się w danym momencie zgodzisz na „zarządzanie”, czy nie.

Dziecko jest autonomiczną jednostką i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, o co i kiedy nas zapyta, poprosi. Nie mamy na to wpływu, tak jak nie do końca mamy wpływ na innych ludzi. Możemy jednak decydować o naszych reakcjach, to daje poczucie pewności. Czasem będzie to „tak”, czasem „nie” i w porządku. To nasza decyzja, a życie między ludźmi jest właśnie takie – nie zawsze po naszej (i dziecka) myśli.

Z uśmiechem

Jeśli bardzo, ale to bardzo przeszkadza ci podążanie za „rządzeniem się” 2-3 latka, można do tego podejść z żartem, opisując na głos i z uśmiechem: Oooo, chcesz, żebym przeszła na żółty fotel. Pomóż mi wstać, bo coś nie ma siły… I tu wygłupy, bo przecież czasem dorosłemu człowiekowi trudno wstać, z różnych (niekoniecznie poważnych) powodów. Dziecko się śmieje, ty się śmiejesz, jest przyjemnie.

To też pokazuje maluchowi, że może osiągnąć swój cel, ale nie od razu. Czasem trzeba włożyć odrobinę wysiłku w „przestawienie rodzica na fotel”. Nie zawsze, ale czasem tak.


Relacje społeczne

Można dołożyć do tego informację o magicznym słowie „proszę”, które zamienia „rządzenie się” w prośbę. Po kilku próbach dziecko zrozumie, że z tym magicznym słowem rzeczy dzieją się z uśmiechem, dorośli chętniej współpracują i niekoniecznie trzeba używać histerii, jako argumentu.

To też moment, w którym można wiele (wychowawczo) zdziałać, bo takie przestawianie rodziców jest elementem edukacji społecznej. 2-3 latek nie musi wiedzieć, jakie są normy społeczne, dopiero się tego wszystkiego uczy. Dzisiaj przestawia rodziców, jutro (gdy pójdzie np. do przedszkola) będzie to ćwiczył na rówieśnikach (a oni na nim).

Im więcej ćwiczeń, tym bardziej znajoma sytuacja. A już wiemy, że to właśnie znane i znajome sytuacje budują poczucie bezpieczeństwa. Przyda się to podczas adaptacji przedszkolnej >> i wielu kolejnych wyzwań czekających nasze dzieci.

instagram anna jankowska aktywne czytanie ksiazki dla dzieci

Nie jestem ci winna buziaka!

Nie jestem ci winna buziaka!

Wydawać by się mogło, że dzisiaj w zasadzie wszyscy o tym wiedzą. Nie zmuszamy dzieci (nikogo) do całowania, przytulania dorosłych, jeśli nie mają na to ochoty. Słynne „Daj cioci buziaka!” przechodzi do lamusa. O teorii i praktyce dzisiaj na blogu Tylko dla Mam. 

Teoretycznie wszyscy o tym wiemy. Potrafimy nawet egzekwować te zasady w kontaktach ze znajomymi, przyjaciółmi czy bliższą rodziną.

Gdyby ktoś nie wiedział, jak to zrobić konkretnie i asertywnie, zostawiam instrukcję: Krótka lekcja nieprzytulania >>

Nie kochasz babci?

Kiedy jednak spotykamy się z dalszą rodziną raz do roku (lub rzadziej), a tą rodziną są seniorzy – babcie, kuzyni, pradziadkowie, często odpuszczamy. Wtedy jakoś łatwiej wyjaśnić sobie (w głowie): Oj, to tylko jeden raz. Nic się nie stanie, a babci nie będzie przykro.

To przeświadczenie często bierze górę nad sprawą ważniejszą, czyli asertywnym informowaniem o sposobie wychowania dzieci, gdzie one mają prawo same decydować o sobie i o tym, czy mają ochotę na buziaki ze strony innych ludzi.

Często też ma na to wpływ szantaż emocjonalny ze strony rodziny: Jak to nie chcesz dać buziaka? Nie kochasz babci? W takiej sytuacji dziecko czuje się winne i daje tego buziaka. Tu potrzebna jest zdecydowana interwencja dorosłego (który zresztą też często czuje się winny).

Moje dziecko nie jest ci winne buziaka!

Dlaczego to tak działa, że łatwiej nam odpuścić niż wyjaśnić, że dziecko ma prawo decydować o swoim ciele? Po części dlatego, że z bliższymi znajomymi mamy lepszy kontakt i częściej rozmawiamy, prawdopodobnie lepiej się dogadujemy. Mamy więcej okazji do wyjaśnienia, z jakiego powodu uczymy dzieci, że ich ciało należy do nich, że gdy znajdują się w niekomfortowej sytuacji, mają prawo (nawet obowiązek) powiedzieć nie. Jedni zrozumieją, inni pokręcą nosem, ale na ogół pewnie uszanują naszą decyzję po kilku rozmowach i wyjaśnieniach.

Kiedy jednak sytuacja dzieje się jednorazowo, do czynienia mamy z osobami, dla których temat „nie” ze strony całowanego na powitanie dziecka jest tak abstrakcyjny, jak dla mnie losy postaci z Klanu, sytuacja się komplikuje.

Dalsza rodzina i znajomi

Jedną z takich okazji jest spotkanie rodzinne. Może to być z okazji świąt lub jakiejkolwiek innej. Stajemy wtedy przed ludźmi, którzy oczekują świątecznego nastroju i pozytywnych emocji. Czasem te oczekiwania są tylko naszym wyobrażeniem o sytacji, ale są, czujemy presję.

Widzi się kogoś raz do roku, jest między nami przepaść pokoleniowa (choć to nie zawsze jest przyczyną, często seniorzy są o wiele bardziej otwarci na decyzje rodziców). W każdym razie, gdy widzi się kogoś tak rzadko, trudniej wdawać się w długie dyskusje i wyjaśnienia. Łatwiej odpuścić, a nie warto.

Nie dam ci buziaka!

Mając wiedzę o tym, jak ważne jest nauczenie dzieci, że ich ciało należy do nich, trzeba to jeszcze jakoś wcielić w życie. Wiemy my, ale wiedzieć muszą też dzieci. Najlepsze co można zrobić, to zasypać maluchy tym komunikatem, dosłownie! Zawsze i wszędzie powtarzać, że nie muszą nikogo przytulać, całować, jeśli nie czują, że tego chcą. Czasem też dzieci nie potrafią ot, tak, z marszu o tym zdecydować, dlatego znowu potrzebują nasze go wsparcia.

Oprócz tego powtarzania, pokazywania konkretnych sytuacji, czasem trzeba się zamienić w „rodzica tarczę”. Wyobraźmy sobie moment, kiedy jedziemy do babci i dziadka na święta. Wiemy, że będzie tam spora część rzadko widywanej rodziny. Wysiadamy z samochodu i zaczyna się rodzinne powitanie. Na ten moment dzieci powinny być przygotowane wcześniej. Warto porozmawiać (przypomnieć), że nie muszą nikogo całować ani ściskać, może się przywitać na kilka innych sposobów.

  • Piąteczka.
  • Podanie ręki.
  • Powiedzenie „dzień dobry”.
  • Przesłanie całusa na odległość.
  • Pomachanie z daleka.

Spotkanie rodzinne

Wysiadamy więc z tego samochodu i wpadamy w objęcia babci. Pewnie dorosłym te uściski nie sprawią większego problemu. Dzieci, widząc, że rodzice się całują z nowymi osobami, mogą czuć pewien przymus, że one też powinny. Wtedy można kucnąć przy maluchu i zapytać, czy chce dać babci buziaka. Niezależnie od tego, co mówi babcia, warto poświęcić minutkę na prywatną rozmową z dzieckiem.

Podkreślam słowo prywatną, bo gdy zapytamy na głos, tuż przed nosem stęsknionej babci: Czy ty Krysiu chcesz dać babci buziaka?, presja znowu jest ogromna. Jak tu odmówić stęsknionej babci? No właśnie. Żeby dać dziecku prawdziwy wybór, ta rozmowa powinna być prywatna. To ważne, żeby maluchowi uświadomić, że odmowa jest w porządku.

Podczas tej rozmowy warto z dzieckiem ustalić, która opcję powitania wybiera i uszanować ją. Jeśli ktokolwiek z innych dorosłych będzie miał z tym problem, rodzic-tarcza uprzejmie informuje, dlaczego uczy dzieci, że ich ciało należy do nich. Jeśli ktoś z dorosłych nie zrozumie… to jest jego problem, nie nasz i nie naszego dziecka.

cytat towje ciało należy do ciebie grafika

Moje ciało należy do mnie

Maluch musi wiedzieć, że rodzice zawsze stoją po jednej stronie, jego stronie. Jeśli uczymy, że „Twoje ciało należy do ciebie”, nie ma wyjątkowych sytuacji, czyli takich, kiedy jednak odrobinkę należy do babci czy wujka. Nie można na ten temat zostawić choćby cienia wątpliwości na etapie wyrabiania nawyku, uczenia asertywności. Maluch nie może dostawać komunikatu: Tak, twoje ciało należy do ciebie, ale bywają wyjątki.

Kiedy dziecko znajdzie się w sytuacji np. molestowania, musi wiedzieć, że ma prawo się bronić za wszelką cenę, a nie zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest jedna z tych wyjątkowych sytuacji. Dając sprzeczne komunikaty, wyrzucamy całą naukę w las. Dlatego to takie ważne, żeby jednak postawić dobro dziecka ponad nadąsane miny niektórych dorosłych.

Może się też przydać książka dla dzieci, w której mały Leon samodzielnie rozprawia się z niechcianymi buziakami, opowiadam o niej więcej w recenzji: Buziak? Nie! >>

nowy Instagram Anna Jankowska

Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!