Jeszcze 5 minut!

Jeszcze 5 minut!

„Jeszcze 5 minut!” może być zdaniem-zapalnikiem, które sprawia, że my (czyli rodzice) zaczynamy się wkurzać. Jednak może też być bardzo wygodnym elementem komunikacji z dzieckiem. Wszystko zależy od naszego nastawienia do tych nieszczęsnych minut.

Pewnie wiele osób kojarzy sytuację, w której prosimy lub przypominamy o codziennej czynności np.: Umyj zęby. Moja córka ma 11 lat i wakacje. Przypominam jej, że po śniadaniu myje się zęby, bo ma tyle na głowie („naście” ma na głowie), że zdarza jej się zapomnieć o tym na kilka godzin. Ta sama sytuacja może dotyczyć podniesienia plecaka z podłogi, wyjęcia naczyń ze zmywarki, powieszenia prania, odrobienia zadania domowego, takiej po prostu codzienności.

Zawsze, ale serio, zawsze słyszę, że zrobi to za 5 minut lub pytanie: Mogę za 5 minut? Na początku mnie to irytowało, bo skoro proszę to nie po to, żeby sprawy odwlekać. Mamy w sobie czasem taką potrzebę egzekwowania od dzieci obowiązków tu i teraz, co dość często kończy się kłótnią, gderaniem lub po prostu zgrzytami.

Daj dziecku czas

W przypadku małych dzieci chyba jest trochę łatwiej, bo dużo mówi się o tym, że trzeba maluchowi dać czas na przejście od jednej czynności do kolejnej, dlatego przy młodszych dzieciach sami dbamy o tych 5 minut przejścia.

Małemu człowiekowi bardzo trudno po prostu przestawić się z jednej czynności na kolejną, bo dziecko bawi się całym sobą, wciąga na tysiąc procent w daną czynności. To sprawia, że prośby o zakończenie zabawy czy posprzątanie zabawek, wyjście z placu zabaw itp. bywają powodem do histerii.

Nie dość, że trzeba przerwać miłą czynność to jeszcze sprawy nie idą po mojej myśli. O tych młodszych dzieciach napisałam całkiem sporo w artykule pt.

Jak powiedzieć, żeby dziecko posłuchało? >>

Dziecko nie chce?

Wracając do starszych, tu raczej po prostu oczekujemy działania, bez konieczności zwlekania choćby 5 minut, a powody tych oczekiwań nie zawsze są tak do końca racjonalne.

  • Każdy ma swoje obowiązki.
  • Mówię coś do ciebie.
  • Zawsze mówisz, że później.
  • Teraz to teraz i koniec.
  • Siedzisz pół dnia przed ekranem, zrób, o co cię proszę.

Wybucha i pyskuje?

Wydawać by się mogło, że to całkiem sensowne powody, jednak kiedy przyłożymy je do siebie (do tego, jak my byśmy się zachowali w danej sytuacji), to chyba mało kto rzuca wszystko tylko dlatego, że został poproszony o przyniesienie herbaty lub posprzątanie łazienki. W przypadku dorosłych okazuje się, że kawa jest ważniejsza i nic się nie stanie, jak łazienka poczeka 5 minut aż dopiję. 


Zmiana nastawienia

Mój stosunek do tej prośby o jeszcze 5 minut uległ więc zmianie, nie wymagam rzucenia wszystkiego od drugiego człowieka, a tych 5 minut naprawdę nikomu nie robi różnicy. Już z pewnością nie robi krzywdy mojemu rodzicielskiemu autorytetowi (Dajesz się wodzić za nos – usłyszałam kiedyś od cioci).

Jak reagować na te życzliwe docinki i dobre rady napisałam cały artykuł: Co mówić, kiedy inni krytykują twoje metody wychowawcze? >>

blog tylko dla mam 5 minut

Odpowiedzialność po stronie dziecka

Prawda jest taka, że tych 5 minut jest elementem komunikacji, który pomaga dziecku wziąć odpowiedzialność za swoje słowa i zrobić co ma do zrobienia bez zbędnego marudzenia.

Nie zdarzyło się nigdy, żeby dziecko po upływie 5 minut (które samo ze mną ustaliło, bywa to czasem też kwadrans) miało muchy w nosie i nie chciało współpracować. O ile kilkulatek może mieć z tym problem, tak dla starszego dziecka (10+) wynegocjowanie kilku minut sygnał dla rodzica: słyszę, rozumiem, zrobię „w swoim czasie”. Ale też pokazanie, że decyduję o swoich działaniach.

Czy warto spróbować? Jasne, zwłaszcza jeśli często kłócicie się o takie proste czynności – Ty naciskasz, upominasz, przypomnisz, a dziecko przyzwyczajone do takiego obrotu spraw, w wyuczony sposób czeka na te przypominajki i nawet nie przyjdzie mu do głowy, że jednak odpowiedzialność leży po jego stronie.

A co, jak nie zrobi po tych pięciu minutach?

U nas kilka razy scenariusz wyglądał mniej więcej tak.

  • Po upływie czasu, jeśli samo tego nie przypilnowało, rzucam tylko – minęło 5 minut i tyle.
  • Zazwyczaj słyszę „OK” i po kolejnej minucie kroki w kierunku łazienki czy zmywarki.
  • Jeśli jednak dziecko oleje Wasze ustalenia, wejdź do pokoju i powiedz, że: olało, że to nie fair, że odpowiedzialność po jego stronie itd.
  • Bez awantury czy kary w postaci szlabanu na telefon. Z rozmową.
  • Zapytaj, co proponuje w tej sytuacji pogadajcie, jak to ma się dalej potoczyć (to wciąż jego odpowiedzialność).
  • Pewnie zaproponuje, że teraz to zrobi i w porządku, tylko też warto przypilnować, żeby następnym razem sytuacja się nie powtórzyła. Jasno ustalcie, co się wydarzy, jeśli się powtórzy (konsekwencje wykombinujcie wspólnie).

Pięknie dziękuję

Jeszcze jedna ważna rzecz, o której staram się pamiętać. Zawsze, ale to zawsze dziękuję za przyniesienie mi herbaty, wyjęcie naczyń ze zmywarki czy jakikolwiek inny obowiązek, który nie jest jakąś szaloną atrakcją, ale pomaga ogarnąć nasze domowe życie.

Mogę oczywiście pomyśleć: Obowiązek to obowiązek, nie ma za co dziękować. Jednak to robię (oczywiście nie za umycie zębów czy lekcje), bo ludzie lubią, kiedy się ich pracę docenia.

To pokazuje dziecku, że widzę jego wkład w funkcjonowanie gospodarstwa domowego. Ja też lubię się czuć doceniona, gdy ugotuję pyszny obiad, każdy lubi.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

nowy Instagram Anna Jankowska

3 proste nawyki uczące panowania nad emocjami

3 proste nawyki uczące panowania nad emocjami

3 proste nawyki pozwalające nauczyć dziecko panowania nad emocjami i bez obawy – nie chodzi tu o tłumienie ich lub zamiatanie pod dywan.

Panowanie nad emocjami to rozumienie ich, a tym samym tego, co może dziać się ze mną lub drugim człowiekiem.

W tym odcinku podcastu przybliżę nawyki związane z zachowaniami empatycznymi, bo do tego często sprowadza się panowanie nad emocjami.

Do zrozumienia emocji

Uspokajam wszystkich zestresowanych użyciem wyrażenia „panowanie nad emocjami”, nie chodzi o ich tłumienie, tylko rozumienie.

Panowanie, jako umiejętność nazwania sytuacji, rozumienia danego zachowania, ale też wiedza, jak pomóc innym w potrzebie.

Dlaczego nawyki?

Zależy nam na tym, żeby były zakotwiczone w głowie, niejako automatycznie przychodziły na myśl w konkretnej sytuacji. Działanie nawykowe wiele ułatwia, ale żeby tak podchodzić do pewnych sytuacji, trzeba po prostu dużo ćwiczyć.

Czasem wydaje nam się, że już dziecko „powinno wiedzieć”, bo tyle razy była o tym mowa. Ręce opadają, gdy po raz kolejny trzeba przypominać. Więcej o tym naszym rodzicielskim zwatpwieniu napisałam w artykule: Mówię „Nie wolno!”, a ten dalej swoje >>

Dziecko rozmawia emocjami

No trudno, trzeba powtarzać i ćwiczyć, jeśli jest się rodzicem, bo – tak ogólnie – chodzi o to, żeby wychować radzącego sobie dorosłego. To oznacza, że gdy mamy w domu dziecko, ono jest w procesie… zresztą więcej niż jednym. Ono poznaje dopiero świat, ludzi, emocje i zakładanie, że już powinno wiedzieć, jest trochę na wyrost.

Skoro jest w procesie, ma prawo do potknięć.

Nie chcę być źle zrozumiana, nie chodzi o to, żeby od dziecka nie wymagać niczego, bo jeszcze się uczy i jeszcze jest dzieckiem. Więcej na ten temat napisałam w artykule: Podążanie za potrzebami dziecka >>

Zależy mi jednak na tym, żeby mieć świadomość, że jesteśmy (razem z dzieckiem) w fazie ćwiczeń, co oznacza, że raz będzie lepiej, raz gorzej. Dorośli też nie zawsze panują nad emocjami, prawda?


plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Neofobia żywieniowa u dziecka? Przeczekać czy działać? Czym jest neofobia żywieniowa i jak możesz pomóc swojemu dziecku? Wielu rodziców martwi się lub zastanawia, czy już się martwić, bo dziecko nie chce jeść. Nie przepada za nowymi potrawami i próbowaniem nowych smaków.

Często wtedy dostaje się porady typu: Wyrośnie z tego. Oczywiście, są takie etapy w rozwoju dziecka, kiedy z dystansem podchodzi się do próbowania nowych smaków.

Ostrożny dwulatek

Często widać to u 1,5 latków i 2-latków. Zerkając na sprawę z zupełnie naturalnego punktu widzenia, to czas, kiedy dziecko schodzi z rąk mamy i samodzielnie stawia pierwsze kroki. Gdyby z radością rzucało się do zjadania wszystkie, co wpadnie mu w ręce, byłby problem. Dlatego ostrożność (mylona z brakiem apetytu) w tym wieku, jest przejściowym etapem. Dziecko z czasem nauczy się, co można jeść, co lubi, co nie jest dobrym pomysłem.

Więcej na ten temat (bo niechęć często nie dotyczy tylko jedzenia) napisałam w artykule pt. Dlaczego dziecko nie chce próbować nowych rzeczy? >>

Dzisiaj jednak chcę się skupić na tym momencie, w którym niechęć do dziecka staje się ogromnym, długotrwałym problemem. Autorką artykułu jest dietetyczka żywieniowa Zuzanna Kłos.

Czym jest neofobia żywieniowa?

Neofobia żywieniowa to stan, w którym dziecko unika próbowania i spożywania nowych produktów. Oczywiście to zaburzenie (bo niestety tak to jest klasyfikowane) czasami dotyczy także osób dorosłych, które nie otrzymały w porę odpowiedniej pomocy. Wszystko tak naprawdę zaczyna się w pierwszych miesiącach życia.

Dziecko neofobiczne to nie to samo co dziecko, które często określane jest mianem „niejadka”. Neofobia to nie jest wybrzydzanie czy grymaszenie. Niejadek je mało, a nawet jak proponujemy mu coś nowego, to skubnie, choćby z ciekawości albo „dla świętego spokoju”.

Dziecko z neofobią będzie zaciskać usta, zatykać je rękami, próbować odejść od stołu. Może też zacząć krzyczeć lub płakać, jeśli poczuje presję.

Skazani na neofobię?

Niestety neofobia jest cechą po części uwarunkowaną genetycznie, ale płeć dziecka nie ma z tym związku, przynajmniej do tej pory badania tego nie potwierdziły. Oznacza to, że jeśli ty lub tata dziecka w dzieciństwie mieliście neofobię, to dziecko też tak może reagować na nowości w diecie.

Dobra wiadomość jest taka, że późniejsze preferencje żywieniowe dziecka możemy kształtować już w czasie ciąży, poprzez jedzenie różnorodnych produktów! Smaki pokarmów przenikają do wód płodowych, które dziecko połyka.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Od początku

Ważnym okresem jest oczywiście moment rozszerzania diety i lata dzieciństwa. Do około roczku, dziecko jest otwarte na poznawanie. To wtedy odkrywa nowe smaki, ale też obserwuje rodziców i osoby najbliższe. Wasz sposób odżywiania i nawyki, silnie działają na późniejsze zachowania i preferencje żywieniowe dziecka.

neofobia dietetyk

Rodzic daje przykład

Zawsze to mamom powtarzam: jesteś pierwszym, największym i najważniejszym wzorem dla swojego dziecka. Dziecko będzie Cię naśladować, czy tego chcesz, czy nie. Dlatego tak ważne jest dla mnie podpowiadanie rodzicom, żeby zawsze jedli razem z dzieckiem.

Neofobia u małych dzieci jest najczęściej skorelowana ze zbyt późnym (albo zbyt powolnym) rozszerzaniem diety oraz ze zbyt rzadkim kontaktem dziecka, z danym produktem w okresie niemowlęcym.

Czasami rodzice rezygnują już po jednej albo kilku próbach podania jakiegoś warzywa czy dania, jeśli dziecko wypluwało lub nie chciało zjeść pełnej porcji. Fakt jest taki, że im częściej dziecko próbuje, bądź je określony produkt, tym szybciej go zaakceptuje i polubi.

Więcej o sposobach na niejadka opowiedziałam w artykule: Sprawdzone sposoby na niejadka >>

Zrozumieć neofobię

Na początek wyobraź sobie, że Aborygeni jedzą larwy ciem. Dla statystycznego Polaka takie dania są zbyt dużym wyzwaniem. Jeśli myśl o zjedzeniu larwy cię nie przeraża, to wyobraź sobie inną potrawę napawającą cię obrzydzeniem. Co by się musiało stać, żebyś zjadła to „coś”?

Co więcej, nie chodzi o samo połknięcie larwy z zamkniętymi oczami i szybkie popicie sokiem, tylko o świadome wzięcie larwy do buzi!

  • Prawdopodobnie musiałabyś zobaczyć, jak inne osoby to jedzą i w dodatku zachwycają się jej smakiem.
  • Po drugie musiałabyś się napatrzeć na larwy…i to wiele razy.
  • Po trzecie pewnie musiałabyś najpierw dotknąć larwy, a potem powąchać. I prawdopodobnie nawet to by Cię nie przekonało.
  • Możliwe, że nigdy byś nie spróbowała larwy w sosie własnym, ale widząc chrupiąca larwę na pizzy, w końcu byś się odważyła i odgryzła kawałek.

I tak mniej więcej działa dziecko, które „wychodzi” z neofobii. Małymi, sukcesywnymi krokami. Zauważ, że gdyby ktoś Cię karmił larwami na siłę, to Twoja złość i odraza tylko by rosły.

Jak pomóc dziecku z neofobią żywieniową?

Pierwszym krokiem jest opatrzenie się z danym produktem. Patrzenie na daną rzecz sprzyja akceptacji. Jak to może wyglądać w praktyce? Weźmy na przykład neofobię przed zjedzeniem jabłka (tak, są takie dzieci).

Możesz zabrać dziecko na targowisko i pokazać różne rodzaje jabłek. Zapytać, które mu się najbardziej podobają, w jakim kolorze. Możesz poprosić, aby dziecko wybrało kilka najładniejszych (jego zdaniem) jabłek i wsadziło do koszyczka/woreczka, aby je później kupić.

Jeśli nie będzie chciało ich dotknąć to trudno, może tylko wskazać palcem. Po powrocie do domu ułóż czyste jabłka na dużym talerzu/misce, aby były na widoku. A potem codziennie pokazuj dziecku, że jesz jabłko i mimochodem proponuj dziecku małego gryza.

Dawkuj nowości

Kolejna sprawa, że takiemu dziecku należy dawkować nowości. Wrzucenie na talerz 5 brokułów może zwyczajnie wystraszyć, bo neofobia wiąże się ze strachem.

Ogólnie, jako ludzie lubimy to, co znajome, a boimy się tego, co nowe. To zasługa naszego mózgu, który w ten sposób chroni nas przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

W związku z tym rzucanie dziecka na głęboką wodę i oferowanie talerza pełnego nowości, będzie wyzwalało falę obezwładniającego strachu.

Lepiej dokładać małe ilości nowości do tego, co dziecko lubi jeść np. jedną różyczkę brokuła do ulubionego makaronu, czy kilka marchewkowych frytek do zwykłych ziemniaczanych.

Tylko dotknij

Sam dotyk jest jak przełamanie bariery. Od maleńkości pozwalaj dziecku jeść rączkami i nie wycieraj za każdym razem, gdy się ubrudzi. Pokaż, że może oblizać paluszki w czasie i po posiłku.

Moje fuj!

Kolejna sprawa to nasz stosunek do jedzenia. Bardzo często przenosimy na dziecko własną niechęć do jakiegoś smaku.

Mama nie lubi kalafiora, to nie gotuje zupy kalafiorowej. To duży błąd. Tym bardziej, jeśli wiemy, że w przyszłości dziecko pójdzie do żłobka czy przedszkola, a tam na pewno, od czasu do czasu będzie na obiad kalafiorowa.

Ciasteczko za buraczka?

Jeśli nie chcesz dodatkowo gloryfikować pysznych przekąsek i przy okazji zniechęcać dziecka do tradycyjnych produktów (o wiele mniej słodkich), to nie używaj ich jako nagrody.

Ciasteczko za zjedzenie buraka sprawi, że burak stanie się przykrą koniecznością. Trochę jak połknięcie niesmacznego lekarstwa.

Z drugiej strony, skoro zależy Ci, aby dziecko w ogóle spróbowało nowości, warto przewidzieć jakąś nagrodę, choćby naklejkę. Wtedy często chęć uzyskania nagrody przełamuje opór. Sztuka polega na tym, aby dążyć w dobrym kierunki, nie wpajając dziecku przez przypadek, złych nawyków.

Neofobia a temperament dziecka

Zauważono, że poziom neofobii jest związany z temperamentem i wrażliwością dzieci. Jeśli Twoje dziecko jest nieśmiałe i źle znosi zmiany, to prawdopodobnie będzie także opierać się przed zmianami na talerzu.

W takiej sytuacji szczególnie ważna jest serdeczna i spokojna atmosfera podczas posiłków. Nawet jeśli czujesz narastającą złość, frustrację, niemoc i zniecierpliwienie wobec postawy dziecka, nie okazuj tego.

Wspierający rodzic

Pozwól dziecku jeść we własnym tempie. Nikt nie lubi pospieszania. Dziecko powinno móc spędzać przy stole tyle czasu, ile potrzebuje. Nie komentuj czasu spędzonego „nad talerzem” i nie porównuj dziecka do innych pod tym względem.

Neofobia dziecko z neofobią żywieniową

Dlaczego to takie ważne?

Z badań wynika, że dzieci z neofobią żywieniową najczęściej mają niedobory, które w dłuższej perspektywie odbijają się na ich zdrowiu. Takie dzieci mają bardzo ograniczone menu. Najczęściej ubogie w warzywa i owoce, a bogate w przekąski lub produkty o małej gęstości odżywczej. Niestety, brak dobrego jedzenia, duże niedobory oraz złe nawyki prowadzą w prostej linii do chorób dietozależnych.

Na koniec chcę podkreślić fakt, że większość dzieci wyrasta z neofobii żywieniowej, pod warunkiem, że będziesz blisko dziecka i zechcesz mu pomóc. To z pewnością trudny i stresujący okres zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Wniosek jest jeden – odżywiaj się jak najlepiej i pokaż dziecku jakie to ważne, ale przede wszystkim przyjemne.

Zuzanna Kłos, dietetyk dziecięcy, www.dietetykasmyka.pl >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!
Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

W tym odcinku podcastu Nie Tylko dla Mam skupimy się na impulsywnych zachowaniach 4-5 latków. To te momenty, gdy prosimy dziecko, żeby zaczekało dosłownie chwilę, a ono słysząc naszą prośbę i tak to robi… nie czekając.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której proponujemy dziecku, że wspólnie zrobimy ciasto na naleśniki. To jest najczęściej wielka frajda, wszyscy są zadowoleni. Maluch, bo spędzi czas z rodzicem, na bardzo fajnym babraniu w miksturze z mąki, jajek itd. My też się cieszymy, że wspólnie gotujemy obiad.

Po przygotowaniu wszystkich składników prosimy 4-5 latka, żeby dosłownie kilka sekund zaczekał, przyniesiemy tylko jego fartuch kuchenny. Po co nam kolejna brudna bluzka, prawda?

Niby prosty komunikat, jednak do malucha jakoś nie dociera. W trakcie tych kilku sekund (od prośby do przyniesienia fartucha), nasz mały kucharz zdążył już wsypać mąkę do miski i w kilka innych miejsc przy okazji. Ubrudzić sobie rozbitym jajkiem bluzkę i uwinąć z całą masą czynności, choć jedyne co miał zrobić, chwilę zaczekać.

Jak mam to powiedzieć?

4-5 latki dość często działają pod wpływem impulsu, a my się denerwujemy. Niby wiedzą, że powinny zaczekać, ale zwyczajnie nie potrafią. To nie jest złośliwe [1] zachowanie, nie robią tego z przekory, ani dlatego, że gdzieś popełniliśmy błąd wychowawczy. Są na tym etapie rozwoju, kiedy czekanie bywa trudne. Czasem się udaje, innym razem nie.

Dlatego warto wykorzystać tego rodzaju sytuacje do ćwiczenia jakże bardzo przydatnej umiejętności. Czekanie jest do wyćwiczenia.

Zrobię to teraz!

W sumie to zupełnie naturalne, że dzieci często działają pod wpływem impulsu. Bardzo wiele mówi się o włączonym mózgu gadzim, kiedy jesteśmy w dużych emocjach. Najczęściej jednak mówimy o tym przy okazji tych trudniejszych emocji – gniew, irytacja, złość [2]. Więcej w nas wyrozumiałości dla niedojrzałości emocjonalnej dzieci, gdy chodzi o akcje związane z gniewem. O wiele mniej, gdy chodzi o radosne sytuacje, ekscytacje z powodu wspólnego robienia naleśników.

Wystarczyło zaczekać!

Wtedy często mówimy poirytowani: No przecież wystarczyło zaczekać chwilę, tych kilka sekund by cię zbawiło? A teraz, wszędzie bałagan, ty brudny!

Cała frajda ze wspólnego czasu nagle gdzieś pryska. A przecież to ten sam pierwotny impuls, tylko w nieco innym wydaniu, skłania 4-5 latka do działania zamiast czekania. Emocje [3] są tak duże, że nie da się racjonalnie podejść do sprawy. To znaczy, da się, tylko trzeb to często ćwiczyć.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Nie umie czekać

Współczesne dzieci mają trudniej, bo nie ma zbyt wielu okazji do ćwiczenia cierpliwości. Kiedyś na większość rzeczy trzeba było długo czekać, dzisiaj niemal wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Więcej opowiedziałam o tym w artykule pt.

Daj mi! Chcę to! Dlaczego ze współczesnymi dziećmi tak trudno czasem wytrzymać? >>

Bardzo pomocne w nauce panowania nad takimi impulsywnymi zachowaniami jest pokazanie, że to się opłaca, bo każde zachowanie rodzi jakieś konsekwencje. Skoro dziecko upaprało koszulkę, idźcie ją przebrać.

Wiem, kusi, żeby już zostać i dobrudzić, machnąć ręką i powiedzieć, że już trudno. Jednak przerywając pieczenie, idąc się przebrać, dajemy dziecku chwilę na opanowanie nadmiernej ekscytacji. Pokazujemy też, że warto zaczekać kilka sekund, bo wtedy nie trzeba przerywać zabawy (robienia ciasta).

Ta dziecięca spontaniczność

Absolutnie nie namawiam do zabijania w dzieciach spontanicznej radości w najróżniejszych sytuacjach, bo też nie każdy dziki obaw szczęścia, sprowadzamy do lekcji panowania nad impulsami.

Jednak chyba wszyscy mają świadomość, że wychowujemy dziecko, które ma sobie w przyszłości umieć poradzić z własnymi emocjami oraz potrafić zachować się wśród rówieśników czy w różnych miejscach, no być ogarniętym człowiekiem, a nie przysłowiową świętą krową, której wszystko wszędzie wolno.

Nie zawsze i nie wszędzie możemy podawać się działaniom pod wpływem impulsu i to jest naprawdę ważna informacja dla dziecka. Ułatwi mu (i reszcie świata) funkcjonowanie na co dzień.

Pokaż, jak czekać

Jeszcze jeden sposób na ćwiczenie tych nieco bardziej opanowanych zachowań to po prostu przykład z naszej strony. Na pewno czasem mamy wielką ochotę obejrzeć fajny serial czy przeczytać książkę tu i teraz, ale nie robimy tego, bo wiemy, że opłaca nam się poczekać. Jeśli nie poczekamy, to np. obiad nam się przypali albo sterta brudnego prania zasypie łazienkę.

Pokazujmy dzieciom, że my też nie zawsze działamy pod wpływem impulsu, choć mamy wielką ochotę. Poczekanie wymaga wysiłku, ale warto go włożyć i docenić, kiedy następnym razem uda się na ten fartuch zaczekać: Super, ty nie ubrudziłeś bluzki, nie musimy przerywać pieczenia, a w dodatku ja mam mniej prania, bo nie musiałem się przebierać. Kilka sekund, a ile korzyści i wszyscy w dobrych humorach.

Złap dystans, rodzicu!

Chciałabym też bardzo wyraźnie podkreślić, że czasem nasze dorosłe oczekiwania mocno przerastają możliwości dzieci. W przypadku tzw. panowania nad emocjami czy impulsami to naprawdę jest dopiero początek.

Najczęściej, gdy pojawia się świetny pomysł, w głowie dziecka zapala się lampka: Zrobię to! I już, nic więcej się nie liczy. 4-5 latki często działają pod wpływem impulsu i w porządku, mają do tego prawo, bo przed nimi lata nauki. Im więcej ćwiczeń, tym oczywiście lepiej.

Warto też zabezpieczyć te nasze oczekiwania, upewniając się, że dziecko rozumie, o co prosimy. W przypadku zapalnego do działania 4-5 latka sprawy wcale nie są oczywiste.

O ile możemy wytłumaczyć różne zachowania półtoraroczniaków [4] i dwulatków brakami w komunikacji, tak już 4-5 latki wydają się gadułami więc wysnuwamy prosty wniosek: Komunikuje się w porządku, to znaczy, że mnie rozumie.

Czterolatek i współpraca

Jednak w dużych emocjach (radość też do tego oczywiście zaliczmy) dzieci słyszą, ale nie kodują w głowie słów. Dziecko może przytaknąć i czujesz, że przystało na prośbę zaczekania, ale w wielu przypadkach to tylko takie „na odczep się, żeby szybciej zacząć”. W głowie wciąż pali się lampka: Robię! Jak robimy, to robimy! To jest komunikat przewodni, żadne tam czekanie.

Wiele sobie ułatwimy, jeśli upewnimy się, że nasza prośba dotarła do rozemocjonowanego 4-5 latka. Wystarczy kucnąć, spojrzeć w oczy dziecka, złapać kontakt i poprosić, żeby zaczekało. Upewnić się, że komunikat dotarł do bazy. Tym prostym sposobem czasem udaje się zaoszczędzić sobie irytacji, dziecku marudzenia (Co? Muszę się przebierać?), a pralce prania.

Więcej o sposobach wspierania koncentracji dziecka w komunikacji opowiedziałam w odcinku pt. Dlaczego on mnie nie słucha? Najpierw naucz słyszeć, wtedy zacznie słuchać >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!
Dlaczego 2-3 latek chce rządzić dorosłymi?

Dlaczego 2-3 latek chce rządzić dorosłymi?

Warto czasem pozwolić dziecku porządzić, choć w pierwszym odruchu rodzicielskiego budowania autorytetu, włącza nam się czerwona lampka, że jak to? Rośnie mały tyran? Raz pozwolę, zawsze będzie chciało, wyrośnie mały tyran. Dlaczego mój 2-3 latek chce rządzić?

Może kojarzysz sytuację, w której 2-3 latek (bo o nich tym razem mowa w głównej mierze) upiera się, że nie możesz siedzieć na kanapie tylko na fotelu. Czasem też się upiera, że tata nie ma iść z lewej tylko z prawej strony podczas spaceru.

On jest taki uroczy

Czasem podchodzimy do tego, jak do uroczej sytuacji i bez zastanowienia robimy to, czego domaga się dziecko. I w sumie to jest bardzo dobre podejście, o ile te sytuacje nie są utrudnianiem życia drugiemu człowiekowi lub całej rodzinie.

Jeśli więc tak naprawę wszystkie jedno, gdzie w tym momencie będziesz siedzieć, warto pozwolić dziecku na takie rządzenie się.

Daję sobie wejść na głowę?

Czasem włącza nam się jednak niepokój, że przecież wyrośnie nam zaborcze dziecko, będzie się domagało ustępowania zawsze i wszędzie.

Jednak po przemyśleniu sprawy na spokojnie, pewnie szybko dojdziesz do wniosku, że nic się nie dzieje (w wychowaniu) raz na zawsze. Przecież to jest proces i jeśli od czasu do czasu dziecko przejmie kontrolę, może to mieć dobry wpływ na jego rozwój. I ma! Takie przejmowanie kontroli przez 2-3 latki jest ważnym narzędziem komunikowania się ze światem.

Jak się dogadać z 2-3 latkiem?

Dzieci w tym wieku dość często jeszcze mówią niewyraźnie, słabo, czasem wcale. Oczywiście masa 2-3 latków mówi płynnie, jednak warto też pamiętać, że trochę czym innym jest wypowiadanie słów, a czym innym umiejętność ubrania w słowa emocji, przeżyć czy pragnień. Czasem dwulatek chce, coś próbuje powiedzieć, ale ma za mało zasobów (i umiejętności), żeby jasno wyartykułować swoje pragnienie. Stąd też często powody do histerii.

Kiedy dziecko mówi (lub bierze za rękę i bardziej pokazuje, niż mówi): Mamo, usiądź na tamtym fotelu, nie tu, jest to coś więcej niż „bycie na nie” lub „ja chcę”.

Słowa mają moc

2-3 latek niedawno odkrył, że mówienie ma moc. Nie, tylko jeśli chodzi o komunikowanie o potrzebie jedzenia czy przytulenia, ale też ma wpływ na świat. Kojarzysz taką żaróweczkę zapalającą się nad głowami bohaterów w kreskówkach, gdy genialna myśl ich dopada? To jest ten moment! Przestawianie rodzica z lewej na prawą, jest badaniem odkrycia, którego właśnie dziecko dokonało.


Mam wpływ na innych! Wow! Jeśli więc sytuacja pozwala, pozwól maluchowi pokierować, żeby wiedział, że jego słowa liczą się i mają moc sprawczą. Oczywiście 2-3 latek nie będzie rozważał tego na poziomie wychowawczo-filozoficznym, ale my, dorośli, wiemy, że to ważne dla budowania samodzielności. dlaczego-dziecko-chce-rzadzic-doroslym-podcast-nie-tylko-dla-mam

Testowane na rodzicach

Zamiast więc stresować się czerwonym światełkiem, można się ucieszyć, że nasze dziecko odkrywa moc sprawczą swoich słów i działań. Odważnie testuje na osobach, które zna i którym ufa. Jeszcze nie raz i nie dwa będziesz obiektem testowania, co też nie zawsze musi się podobać każdemu dorosłemu. Dlaczego przy innychjest grzeczne, a przy mnie zaczyna wariować >> Jeśli sytuacja nie sprzyja rządzeniu się, dziecko taki komunikat również powinno przepracować. Jasne, że się zdenerwuje, nie spodoba mu się, że rodzic się nie zgadza. Wtedy pewnie potrzebne będą pokłady cierpliwości, dzięki którym pomożemy 2-3 latkowi przebrnąć przez etap rozpaczy (histerii) z powodu naszej odmowy. To też przecież część uczenia się komunikowania ze światem, nie zawsze słyszymy „tak” w życiu, prawda? I nie jest to koniec świata.

plakaty-inspirowane-ksiazkami-dla-dzieci-aktywne-czytanie

Dlaczego tak robi?

Pewnie większość rodziców zauważyła, że w 2-3 latkach budzi się lekki terrorysta, kiedy rzeczy dzieją się inaczej niż zwykle. Jeśli mama zazwyczaj siadała na żółtym fotelu, a teraz usiadła na kanapie, jest większe prawdopodobieństwo, że dziecko będzie chciało przywrócić sprawy do stanu normalności. Jego normalności.

Maluchom w tym wieku takie rutynowe działania, stabilizacja i unormowany plan dnia, dają poczucie bezpieczeństwa >>.

Powtarzaj do znudzenia

Nowe sytuacje bywają trudne, czasem wręcz przerażające, dlatego, jeśli tylko można, warto dziecko uprzedzać o tym, co się wydarzy. Nie mówię wyłącznie o nowych sytuacjach, bo to konieczność. Mówię też o codzienności, którą (teoretycznie) dziecko dobrze zna: Po obiedzie pójdziemy na spacer. Na plac zabaw, tam, gdzie zawsze.

Wiemy, że dziecko wie. Ono też wie, że wie, ale i tak warto opisywać (na głos) to, co wydarzy się w najbliższym czasie. W tych planach nie nie ma sensu, snuć wizji dalekiej przyszłości, bo to dla 2-3 latka jednak zbyt abstrakcyjne.

Emocje rodziców

Jeśli wciąż się obawiasz, że przez to „rządzenie”, dziecko przestanie cię słuchać, może uspokoi informacja, że tak naprawdę to jest twoja decyzja. Ty decydujesz czy się w danym momencie zgodzisz na „zarządzanie”, czy nie.

Dziecko jest autonomiczną jednostką i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, o co i kiedy nas zapyta, poprosi. Nie mamy na to wpływu, tak jak nie do końca mamy wpływ na innych ludzi. Możemy jednak decydować o naszych reakcjach, to daje poczucie pewności. Czasem będzie to „tak”, czasem „nie” i w porządku. To nasza decyzja, a życie między ludźmi jest właśnie takie – nie zawsze po naszej (i dziecka) myśli.

Z uśmiechem

Jeśli bardzo, ale to bardzo przeszkadza ci podążanie za „rządzeniem się” 2-3 latka, można do tego podejść z żartem, opisując na głos i z uśmiechem: Oooo, chcesz, żebym przeszła na żółty fotel. Pomóż mi wstać, bo coś nie ma siły… I tu wygłupy, bo przecież czasem dorosłemu człowiekowi trudno wstać, z różnych (niekoniecznie poważnych) powodów. Dziecko się śmieje, ty się śmiejesz, jest przyjemnie.

To też pokazuje maluchowi, że może osiągnąć swój cel, ale nie od razu. Czasem trzeba włożyć odrobinę wysiłku w „przestawienie rodzica na fotel”. Nie zawsze, ale czasem tak.


Relacje społeczne

Można dołożyć do tego informację o magicznym słowie „proszę”, które zamienia „rządzenie się” w prośbę. Po kilku próbach dziecko zrozumie, że z tym magicznym słowem rzeczy dzieją się z uśmiechem, dorośli chętniej współpracują i niekoniecznie trzeba używać histerii, jako argumentu.

To też moment, w którym można wiele (wychowawczo) zdziałać, bo takie przestawianie rodziców jest elementem edukacji społecznej. 2-3 latek nie musi wiedzieć, jakie są normy społeczne, dopiero się tego wszystkiego uczy. Dzisiaj przestawia rodziców, jutro (gdy pójdzie np. do przedszkola) będzie to ćwiczył na rówieśnikach (a oni na nim).

Im więcej ćwiczeń, tym bardziej znajoma sytuacja. A już wiemy, że to właśnie znane i znajome sytuacje budują poczucie bezpieczeństwa. Przyda się to podczas adaptacji przedszkolnej >> i wielu kolejnych wyzwań czekających nasze dzieci.

instagram anna jankowska aktywne czytanie ksiazki dla dzieci

Nie jestem ci winna buziaka!

Nie jestem ci winna buziaka!

Wydawać by się mogło, że dzisiaj w zasadzie wszyscy o tym wiedzą. Nie zmuszamy dzieci (nikogo) do całowania, przytulania dorosłych, jeśli nie mają na to ochoty. Słynne „Daj cioci buziaka!” przechodzi do lamusa. O teorii i praktyce dzisiaj na blogu Tylko dla Mam. 

Teoretycznie wszyscy o tym wiemy. Potrafimy nawet egzekwować te zasady w kontaktach ze znajomymi, przyjaciółmi czy bliższą rodziną.

Gdyby ktoś nie wiedział, jak to zrobić konkretnie i asertywnie, zostawiam instrukcję: Krótka lekcja nieprzytulania >>

Nie kochasz babci?

Kiedy jednak spotykamy się z dalszą rodziną raz do roku (lub rzadziej), a tą rodziną są seniorzy – babcie, kuzyni, pradziadkowie, często odpuszczamy. Wtedy jakoś łatwiej wyjaśnić sobie (w głowie): Oj, to tylko jeden raz. Nic się nie stanie, a babci nie będzie przykro.

To przeświadczenie często bierze górę nad sprawą ważniejszą, czyli asertywnym informowaniem o sposobie wychowania dzieci, gdzie one mają prawo same decydować o sobie i o tym, czy mają ochotę na buziaki ze strony innych ludzi.

Często też ma na to wpływ szantaż emocjonalny ze strony rodziny: Jak to nie chcesz dać buziaka? Nie kochasz babci? W takiej sytuacji dziecko czuje się winne i daje tego buziaka. Tu potrzebna jest zdecydowana interwencja dorosłego (który zresztą też często czuje się winny).

Moje dziecko nie jest ci winne buziaka!

Dlaczego to tak działa, że łatwiej nam odpuścić niż wyjaśnić, że dziecko ma prawo decydować o swoim ciele? Po części dlatego, że z bliższymi znajomymi mamy lepszy kontakt i częściej rozmawiamy, prawdopodobnie lepiej się dogadujemy. Mamy więcej okazji do wyjaśnienia, z jakiego powodu uczymy dzieci, że ich ciało należy do nich, że gdy znajdują się w niekomfortowej sytuacji, mają prawo (nawet obowiązek) powiedzieć nie. Jedni zrozumieją, inni pokręcą nosem, ale na ogół pewnie uszanują naszą decyzję po kilku rozmowach i wyjaśnieniach.

Kiedy jednak sytuacja dzieje się jednorazowo, do czynienia mamy z osobami, dla których temat „nie” ze strony całowanego na powitanie dziecka jest tak abstrakcyjny, jak dla mnie losy postaci z Klanu, sytuacja się komplikuje.

Dalsza rodzina i znajomi

Jedną z takich okazji jest spotkanie rodzinne. Może to być z okazji świąt lub jakiejkolwiek innej. Stajemy wtedy przed ludźmi, którzy oczekują świątecznego nastroju i pozytywnych emocji. Czasem te oczekiwania są tylko naszym wyobrażeniem o sytacji, ale są, czujemy presję.

Widzi się kogoś raz do roku, jest między nami przepaść pokoleniowa (choć to nie zawsze jest przyczyną, często seniorzy są o wiele bardziej otwarci na decyzje rodziców). W każdym razie, gdy widzi się kogoś tak rzadko, trudniej wdawać się w długie dyskusje i wyjaśnienia. Łatwiej odpuścić, a nie warto.

Nie dam ci buziaka!

Mając wiedzę o tym, jak ważne jest nauczenie dzieci, że ich ciało należy do nich, trzeba to jeszcze jakoś wcielić w życie. Wiemy my, ale wiedzieć muszą też dzieci. Najlepsze co można zrobić, to zasypać maluchy tym komunikatem, dosłownie! Zawsze i wszędzie powtarzać, że nie muszą nikogo przytulać, całować, jeśli nie czują, że tego chcą. Czasem też dzieci nie potrafią ot, tak, z marszu o tym zdecydować, dlatego znowu potrzebują nasze go wsparcia.

Oprócz tego powtarzania, pokazywania konkretnych sytuacji, czasem trzeba się zamienić w „rodzica tarczę”. Wyobraźmy sobie moment, kiedy jedziemy do babci i dziadka na święta. Wiemy, że będzie tam spora część rzadko widywanej rodziny. Wysiadamy z samochodu i zaczyna się rodzinne powitanie. Na ten moment dzieci powinny być przygotowane wcześniej. Warto porozmawiać (przypomnieć), że nie muszą nikogo całować ani ściskać, może się przywitać na kilka innych sposobów.

  • Piąteczka.
  • Podanie ręki.
  • Powiedzenie „dzień dobry”.
  • Przesłanie całusa na odległość.
  • Pomachanie z daleka.

Spotkanie rodzinne

Wysiadamy więc z tego samochodu i wpadamy w objęcia babci. Pewnie dorosłym te uściski nie sprawią większego problemu. Dzieci, widząc, że rodzice się całują z nowymi osobami, mogą czuć pewien przymus, że one też powinny. Wtedy można kucnąć przy maluchu i zapytać, czy chce dać babci buziaka. Niezależnie od tego, co mówi babcia, warto poświęcić minutkę na prywatną rozmową z dzieckiem.

Podkreślam słowo prywatną, bo gdy zapytamy na głos, tuż przed nosem stęsknionej babci: Czy ty Krysiu chcesz dać babci buziaka?, presja znowu jest ogromna. Jak tu odmówić stęsknionej babci? No właśnie. Żeby dać dziecku prawdziwy wybór, ta rozmowa powinna być prywatna. To ważne, żeby maluchowi uświadomić, że odmowa jest w porządku.

Podczas tej rozmowy warto z dzieckiem ustalić, która opcję powitania wybiera i uszanować ją. Jeśli ktokolwiek z innych dorosłych będzie miał z tym problem, rodzic-tarcza uprzejmie informuje, dlaczego uczy dzieci, że ich ciało należy do nich. Jeśli ktoś z dorosłych nie zrozumie… to jest jego problem, nie nasz i nie naszego dziecka.

cytat towje ciało należy do ciebie grafika

Moje ciało należy do mnie

Maluch musi wiedzieć, że rodzice zawsze stoją po jednej stronie, jego stronie. Jeśli uczymy, że „Twoje ciało należy do ciebie”, nie ma wyjątkowych sytuacji, czyli takich, kiedy jednak odrobinkę należy do babci czy wujka. Nie można na ten temat zostawić choćby cienia wątpliwości na etapie wyrabiania nawyku, uczenia asertywności. Maluch nie może dostawać komunikatu: Tak, twoje ciało należy do ciebie, ale bywają wyjątki.

Kiedy dziecko znajdzie się w sytuacji np. molestowania, musi wiedzieć, że ma prawo się bronić za wszelką cenę, a nie zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest jedna z tych wyjątkowych sytuacji. Dając sprzeczne komunikaty, wyrzucamy całą naukę w las. Dlatego to takie ważne, żeby jednak postawić dobro dziecka ponad nadąsane miny niektórych dorosłych.

Może się też przydać książka dla dzieci, w której mały Leon samodzielnie rozprawia się z niechcianymi buziakami, opowiadam o niej więcej w recenzji: Buziak? Nie! >>

nowy Instagram Anna Jankowska

Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!

Rodzic idealny i niegrzeczne dziecko. Co poszło nie tak?

Rodzic idealny i niegrzeczne dziecko. Co poszło nie tak?

Idealny rodzic i niegrzeczne dziecko? Patrząc na współczesne rodziny często widać zagubienie. Nic dziwnego, za dużo tego wszystko. Grzeczny – niegrzeczny, kary – nagrody, dyscyplina – wyluzowanie. Za mało oddechu, za dużo… wszystkiego.

Czasem czujemy się zagubieni pośród setek porad związanych z wychowaniem. Najgorsze, co możemy zrobić dla siebie i dzieci, to popadanie w skrajności i odrzucenie intuicji. Wtedy wydaje nam się, że mamy niegrzeczne dziecko i wydaje nam się, że powinniśmy być bliżej ideału. Nic z tych rzeczy.

Bywa, że coś nam się po prostu wydaje i zupełnie naturalne zachowania dzieci uznajemy za niegrzeczne: 5 rzeczy wyglądających jak niegrzeczne zachowania, choć wcale nimi nie są >>

Rodzic popadający w skrajności

Bardzo często problematyczne wydają się rzeczy, które tak naprawdę powinny być intuicyjne. Jednym z powodów takich odczuć jest popadanie w skrajności i trzymanie się tylko jednego stanowiska w sprawie wychowania, usypiania, karmienia, spacerowania.

Nie można dziś pominąć dość istotnego faktu, że stanowiska w sprawie wychowania czy pielęgnacji zmieniają się dość szybko. Za kolejną dekadę pewnie rodzice będą się pukać w czoło i zastanawiać, co ci ludzie mieli w głowach, kiedy, tak czy siak, wychowywali dziecko.

Wiem, co mówię i to z własnego doświadczenia. Świat się zmienia, badania się zmieniają, nowinki ze świata psychologii również. Książka, którą napisałam ponad dekadę temu, wymagała całkowitego niemal przeredagowania przy wznowieniu w 2018 roku. Zrobiłam to z wielką przyjemnością, ale też zdziwieniem, jak wiele się przez zaledwie dziesięć lat zmieniło w sposobie myślenia o wychowaniu.

Mówię o książce pt. Trudne tematy dla mamy i taty >>

Zagłuszacze intuicji i skrajności

Jedno jest jednak niezmienne, choć bardzo zagłuszane właśnie przez skrajne podejście do wychowania. Intuicja i zaufanie dziecku oraz sobie, jako rodzicowi. Niby wiemy, że nikt się rodzicem nie rodzi. Nie ma na to instrukcji, a jakże często nie dajemy sobie prawda do uczenia się tej roli, słuchając komentarzy obcych ludzi o tym, że mamy niegrzeczne dzieci.

Więcej o wsłuchiwaniu się we własną intuicję napisałam kiedyś gościnnie w artykule pt. 3 zagłuszacze matczynej intuicji >>

Najgorsze, co rodzic może w tym wypadku zrobić, to uleganie złudnemu wrażeniu, że jakakolwiek skrajność jest dobra.

rodzic idealny i niegrzeczne dziecko podcast nie tylko dla mam

Nie da się uciec od stresu

Przez skrajność nie mam na myśli patologii, ale może nawet wręcz przeciwnie. Kompletne odcinanie dzisiejszych dzieci od stresu, smutnych przeżyć (choćby przy czytaniu książki lub oglądaniu bajek), trudnych rozmów (jasne, że trzeba je dostosować do wieku i możliwości dziecka). Ani od drażliwych tematów czy typowych obowiązków domowych, bardziej szkodzimy, niż pomagamy w harmonijnym rozwoju.

Do harmonijnego rozwoju potrzeba równowagi, nie skrajności.

Dość prostym rozumowaniem wydaje się stwierdzenie, że niezależnie od tego, czy kremujesz dziecko tym, czy tamtym specyfikiem, używasz tych czy tamtych pieluch. Kładziesz o tej czy tamtej godzinie na drzemkę, bardziej istotne jest to, żeby to nakarmione, przewinięte i nakremowane dziecko zasypiało spokojnie. Wtedy będzie szczęśliwe.

I kompletnie nie chodzi mi o to, żeby nie zwracać uwagi na to, jakich się używa kremów czy pieluch (kwestia odpowiedzialności za planetę jest dla mnie ważna). Chodzi o to, żeby nie popadać w skrajności. Jak się raz nie nakremuje, dokarmi z butli czy uśpi o północy zamiast o 20:00, świat się nie zawali.

Mózg dziecka potrzebuje czułości

Krzywda się dziecku nie stanie, jeśli nie będzie miało rodziców działających jak w zegarku, na każde zawołanie i bez popełniania błędów. Ono potrzebuje rodziców czułych i ciepłych. Tylko tyle. Reszta jest bardzo mało istotna.

Mózg dziecka potrzebuje czułości o wiele bardziej niż tzw. rozwoju intelektualnego. I znowu, nie chodzi o to, żeby nie stymulować maluchów intelektualnie, ale wziąć pod uwagę, że każda chwila spędzona z rodzicem jest ważniejsza, niż jakakolwiek inna np. na zajęciach dodatkowych czy przed telewizorem. Każda.

Łatwo to zauważyć każdego dnia. Kiedy usiądziesz przy dziecku na trawie, na dywanie, na jego poziomie, ono (wcześniej zajęte swoją zabawą), najczęściej po chwili cię do niej zaprosi. Nawet jeśli jeszcze nie potrafi mówić, zwróci na ciebie uwagę i coś będziecie robić razem.

O tym przekierowaniu uwagi napisałam w artykule pt. Zejdź do parteru >>

Grzeczne czy niegrzeczne?

Chcemy, żeby dzieci z nami współpracowały, chcemy, żeby zachowywały się tak, jak nam na tym zależy. Chcemy je nauczyć, jakie są obowiązujące normy, dlatego warto zrobić jedno – wzmacniać pozytywnie pożądane zachowania.

Przekładając to na prosty język, chodzi o to, żeby nagradzać dzieci w momentach, które chcemy, żeby zapamiętały, jako miłe. Za chwilę odniosę się do nagród, bo wiem, że część rodziców ma ciarki na sam dźwięk tego hasła, spokojnie. Nie popadajmy w skrajności.

Gdy dzieci dany moment zapamiętają jako miły, fajny, dobry, ciekawy, będą chciały do niego wracać. Będzie im się ta sytuacja dobrze kojarzyła. Do dobrych chwil chętnie wracamy.

Zamiast więc np. krzyczeć na dziecko, które nie robi czegoś po naszej myśli, lepiej nagradzać (chwalić, zauważać), gdy to robi.

Najlepsza nagroda

Jeśli chcemy, żeby nasze dziecko chętnie coś robiło np. sprzątało zabawki, o wiele lepszym sposobem jest pokazanie mu, jak super może być podczas tego sprzątania. To lepsze niż tłumaczenie, że tak trzeba i już, rodzic wie najlepiej. Zwłaszcza, gdy mówimy o małych dzieciach. Po takich wspólnych chwilach „od małego”, starszakom już łatwiej działać samodzielnie.

Co może być nagrodą za sprzątniecie zabawek? Zabawa z rodzicem to całkiem fajna nagroda. W posprzątanym pokoju można rozłożyć grę i wspólnie spędzić czas na podłodze. Razem.

Skoro dziecko dało sobie umyć głowę bez krzyków (choć zazwyczaj krzyczy), również powinno dostać za to nagrodę, ponieważ zależy nam na wzmocnieniu tego zachowania (żeby kolejny raz też dało ją sobie spokojnie umyć). W tym wypadku może to być tworzenie figurek z piany lub świetna zabawa w wannie, kiedy rodzic jest obok (abo nawet w środku). Razem.

Bycie razem, zabawa, to są najlepsze nagrody dla dziecka. O wiele lepsze niż naklejki czy cokolwiek innego, materialnego. Niby to jasne, bo często powtarzamy takie zdanie i często powtarza się w poradnikach. Jednak czy naprawdę wiemy, dlaczego to jest lepsze?

Wspólne spędzanie czasu

Chodzi o sposób funkcjonowania mózgu, a konkretniej tworzenie się nowych połączeń między neuronami. Inaczej mówiąc – uczenie się. Ale nie takie szkolne, tylko właśnie życiowe: widzę, kojarzę, zapamiętuję, bo to przeżyłam.

Neurony położne blisko siebie w mózgu, o wiele łatwiej tworzą połączenia (mają krótszą drogę do przebycia, gdybyśmy chcieli to bardziej plastycznie zobrazować). Lepiej więc skupić się na takich nagrodach, które są skorelowane z danym zachowaniem, współgrają z tym, co dziecko przeżywa tu i teraz. To najbardziej wzmacnia pożądane zachowania.

Zamiast się skupiać na tym, kiedy dziecko nie chce współpracować (i wtedy karać, powtarzać, że jest niegrzeczne), łatwiej coś osiągnąć, skupiając się na tych momentach, kiedy chce współpracować i robi coś dobrze.

Wspierający rodzic

Kiedy maluch skończy zabawę, pozbiera zabawki, to najfajniejszą nagrodą za takie zachowanie jest wspólna zabawa w tym posprzątanym miejscu. Jeśli da sobie umyć głowę i spokojnie siedzi w wannie, najfajniejszą nagrodą będzie właśnie zabawa w „piankowy świat” lub rysowanie kredkami wodnymi. Mniej zdziałamy inwestując np. jajko niespodziankę jutro po przedszkolu.

Gdy sprawy toczą na poziomie zachowań społecznych, to i nagroda powinna być na tym poziome (wspólny czas, uwaga rodzica, czułość). Otrzymanie zabawki/naklejki za spokojne mycie głowy, jest o wiele bardziej odległym skojarzeniem, niż zabawa tu i teraz w wannie. Tym razem być może zadziałało, ale w przyszłości pewnie nie zadziała.

Druga sprawa to właśnie sama nagroda. Te materialne cieszą przez dosłownie chwilę. Nie mają takiej mocy jak wysiłek włożony w społeczne zaangażowanie mózgu i wspólne spędzanie czasu. Tylko to buduje poczucie bezpieczeństwa, bliskości. Nic innego nie może tego zastąpić. Tylko podczas takich scen jest produkowana dopamina. Trudno to porównać z otrzymaniem naklejki czy włączeniem bajki, czy wręczenie zabawki i zajęciem się swoimi dorosłymi sprawami.

Ważne wartości

Nagrody materialne, w żaden sposób nie przekazują tego, co może osiągnąć rodzic podczas choćby wypowiadania słów: „Dziękuję, cieszę się, że to zrobiłaś”. Rzeczy nie niosą (przynajmniej nie dla dziecka) żadnego przesłania o wartościach, choć dorosłemu może się wydawać, że tak właśnie jest.

Nie wiem, czy dziękujesz dziecku za wykonywanie codziennych obowiązków. Ja staram się pamiętać, żeby podziękować córce za umycie szafek czy podłogi w łazience. Niby wiadomo, że to jej obowiązek. Każdy ma swoje obowiązki domowe i je zna. Jednak to małe słowo zmienia całkowicie sposób myślenia o (często niefajnej) robocie. Zmienia mój sposób myślenia (doceniam, że to robi) i jej (rodzic to widzi i docenia).

Rodzic lepszy niż zabawka

Rzeczy materialne nie cieszą dziecka zbyt długo (o ile w ogóle), jeśli są tylko rzeczami. Czasem nawet w grupie Aktywne Czytanie – książki dla dzieci, która prowadzę na Facebooku, ktoś napisał: Kupiłam książki, całą masę, a dziecko nie jest nimi zainteresowane. Jako rodzic odbieram to za porażkę, niewdzięczność i niegrzeczne zachowanie. 

Jestem mocno przekonana, że gdyby kupiło się jedną i wspólnie z dzieckiem spędzało czas na jej czytaniu, zabawie z tą książką, okazałoby się, że książka jest hitem. Nie twierdzę, że zawsze, każdy ma ksiązkowy gust, ale często o to chodzi. Jeśli jednak na półce jest ich do wyboru kilkadziesiąt, a rodzic nie ma czasu, są tylko książkami.

Przy okazji zapraszam do zerknięcia na blog, gdzie polecam mądre i piękne książki: Aktywne Czytanie – ksiązki dla dzieci >>

Wiem, dlaczego tak chętnie obdarowujemy dzieci rzeczami materialnymi. Czasem wydaje nam się (dorosłym), że codzienna dawka słodyczy, jajko niespodzianka czy czterdziesta książka w biblioteczce, to wyrażanie miłości. Z naszej strony tak, ale już z odbiorem w oczach dziecka, wcale tak to nie wygląda.

Dzielić się radością

Jasne, że dzieci się cieszą, kiedy mogą oglądać bajkę w TV czy zjeść jajko niespodziankę, ale miejmy świadomość, że ta radość nie ma wiele wspólnego z rozwojem społecznym, budowaniem bliskości. Dając naklejkę w nagrodę za te dobre chwile, pokazujemy dzieciom, że naklejki, pieniądze czy bajki, są ważne w życiu, a chyba nie do końca o taki przekaz nam chodzi.

Dając w nagrodę wspólny czas i zabawę (wyłącznie w nagrodę, ale również, jako nagrodę w konkretnych sytuacjach) pokazujemy, co naprawdę w życiu się liczy. A nie od dziś wiadomo (zostało to przebadane wzdłuż i wszerz ostatnimi czasy), że szczęśliwi ludzie to tacy, którzy budują życie na pozytywnych relacjach z innymi ludźmi.

I jeszcze słowo w sprawie popadania w skrajności. Kompletnie nie chodzi o to, żeby rodzice dawali swoją uwagę wyłącznie wtedy, kiedy dziecko zachowuje się tak, jak tego oczekują. Chodzi o to, żeby dawać ją w konkretnych momentach. Ona jest za darmo i może zdziałać więcej niż najdroższa zabawka na świecie.

instagram anna jankowska aktywne czytanie ksiazki dla dzieci

Angielski dla dzieci online. Nauka angielskiego bez wychodzenia z domu

Angielski dla dzieci online. Nauka angielskiego bez wychodzenia z domu

Nauka angielskiego to temat, który co jakiś czas powraca w waszych pytaniach, bo nie jest tajemnicą, że z siedmioletnią (wtedy) Karoliną, przeprowadziliśmy się do UK i tu (na razie) mieszkamy, a ona tu rozpoczęła naukę w szkole. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma własne doświadczenia, potrzeby i etap życia, kiedy dochodzi do wniosku, że warto podszkolić język. Pisałam już o kursach online dla mam, dzisiaj skupiam się na kursach dla dzieci. 

Angielski dla dzieci 

Szkoła językowa online to rozwiązanie dla rodziców, którzy nie mówią biegle po angielsku, a chcą, żeby dzieci się języka po prostu nauczyły w jego naturalnym brzmieniu. Uważam, że to najlepsza droga. 

Nie od dziś wiadomo, że o wiele więcej niż lekcje w grupach (które również mają swoje zalety), dają dzieciom anglojęzyczne bajki, programy i ogólnie styczność z obcym językiem w praktyce. Wielu dzisiejszych dorosłych nauczyło się angielskiego z MTV, dekadę później uczono się też z YouTuba i choć może odrobinę dziwnie to brzmi, jest to zupełnie zrozumiałe. 

Angielski dla dzieci metodą Speakera

Na czym właściwie polega taka nauka online? Ile szkół tyle pomysłów, trudno wybrać w gąszczu propozycji. Mogę powiedzieć, co mnie przekonuje do lekcji proponowanych przez All Right. Chodzi o podejście do dziecka, sam proces nauczania. 

Skupili się na dwóch obszarach:

  • LCT – komunikacyjne nauczanie języka, gdzie dziecko jest zachęcane do spontanicznego mówienia, komunikowania o swoich emocjach, potrzebach. Nauczyciel dba o to, żeby dziecko mówiło ok. 50% czasu przeznaczonego na lekcję. Tylko tak można przełamać barierę przed używaniem języka. 
  • Total Physical Response (TPR) – reagowanie całym ciałem. I to jest to, czego oczekuję od edukacji tak ogólnie, czyli zaangażowania wszystkich zmysłów w proces uczenia się, zapamiętywania i kojarzenia. Dziecko poznając nowe słowa (zwłaszcza czasowniki), nie tylko je powtarza, ale też pokazuje np. skacząc, fruwając, biegając, czołgając się. Nie wymaga się od dziecka siedzenia w skupieniu w jednym miejscu przez 30 minut.

Za każdym razem są to oczywiście tematy „użyteczne”, bliskie dziecku i znane. Dla mnie osobiście jest to wielki plus, bo pamietam, jak Karolina po lekcjach w Polsce (które były rewelacyjne) wchodziła do grupy dzieci i z powodu wielu bodźców, akcentu, hałasu… nie rozumiała ani słowa i sama nie potrafiła nic powiedzieć. Im więcej przerobionych sytuacji z życia wziętych, naturalnych warunków do używania języka, tym lepiej dla ogólnej komunikacji. 

Angielski dla dzieci, także tych najmłodszych

O ile jestem za otaczaniem dziecka językiem już od najmłodszych lat, tak niekoniecznie interesują mnie zorganizowane zajęcia dla dwulatków. Spokojnie można się z takim maluchem bawić w angielski w domu. 

Lekcje online w szkole All Right zaczynają się od czwartego roku życia. Ma to wiele sensu, zwłaszcza w przypadku, gdy ktoś planuje posłanie dziecka do angielskiej szkoły (od piątego roku życia w UK) oraz dlatego, że czterolatek potrafi się skupić odrobinę dłużej niż młodsze dzieci. A do lekcji jednak potrzeba skupienia. 

Lekcja angielskiego online 

Sama lekcja trwa 30 minut dla dzieci do ósmego roku życia. Dopiero starsze dzieci uczestniczą w lekcji przez 60 minut. 

Są też różne poziomy, dostosowane do wieku i potrzeb uczniów. A jeśli wam się spodoba, to też ważna informacja, że dzieci zapisane na lekcje mogą też uczestniczyć w Speaking Club, gdzie rozmawiają z nauczycielami z USA i Wielkiej Brytanii. 

Jest też darmowa lekcja pokazowa, co ma chyba kluczowe znaczenie, bo opis opisem, a gdy tylko można wypróbować, warto z takiej możliwości skorzystać.  Zapisz się na darmową lekcję >>

Jeśli masz dodatkowe pytania związane z nauką angielskiego online, pisz śmiało do szkoły All Right. Oni z radością odpowiedzą na wszystkie pytania: All Right >>

Od siebie dodam to, co robi na mnie wrażenie, mianowicie – internetowa szkoła językowa dotarła w ciągu ostatnich trzech lat do pięciu krajów. To są możliwości, których kiedyś po prostu nie było, dlatego warto z nich korzystać.

Zalety nauki angielskiego on-line

Sama korzystam z zalet pracy online, bo przecież tak prowadzę codziennie konsultacje z ludźmi w różnych krajach. Dlatego nauka języków taką metodą jest mi bliska.

  • Wiem, że to oszczędność czasu, bo nie trzeba nigdzie jeździć (i stać w korkach).
  • Można uczyć się z dowolnego miejsca na świecie np. w domu lub na wakacjach, wystarczy mieć połączenie z Internetem.
  • Co ważne! Uczniowie sami wybierają tu sobie nauczyciela i układają grafik (dzieci oczywiście wspólnie z rodzicami).
  • Rodzic oddający dziecko w ręce wykwalifikowanego nauczyciela ma czas na pozałatwianie własnych spraw, zamiast kwitnąć na korytarzu lub w poczekalni, aż minie 30 minut lekcji i trzeba będzie wracać do domu (znowu w korkach). 

Podcast Nie Tylko dla Mam

Zerknij na przykładową lekcję