Jak ominąć fazę „Później to zrobię!”? Kluczem jest jedna szybka prośba
Czasami chcemy żeby dziecko szybko spełniło naszą prośbę. Normalna sprawa. Jednak męczące jest ciągłe przypominanie o czymś przez pół dnia. (więcej…)
Czasami chcemy żeby dziecko szybko spełniło naszą prośbę. Normalna sprawa. Jednak męczące jest ciągłe przypominanie o czymś przez pół dnia. (więcej…)
Umów się z dzieckiem, że kiedy chce ci coś powiedzieć, a widzi że właśnie rozmawiasz z innymi, szepnie ci do ucha, że chce to zrobić i poczeka na swoją kolej. Takie czekanie zazwyczaj jest trudne, ale jest to jednak bardzo przydatna (społecznie) umiejętność. (więcej…)
Jedną z podstawowych zasad związanych z szacunkiem do dziecka jest niemówienie o problemach z dzieckiem przy dziecku. Kiedy twoja pociecha ma problemy z uwierzeniem w siebie, sprytnie ją wesprzyj. (więcej…)
O ile jeszcze nad karaniem (lub brakiem kar) sporo rodziców się zastanawia, tak już nad zastępowaniem nagród jakimiś udziwnieniami, mało kto się pochyla.
W teorii niestosowania klasycznych kar i nagród te drugie zastępowane są zainteresowaniem działaniami dziecka. Co bezpośrednio zachęca do szukania wewnętrznej motywacji do działania i odkrywania świata.
Kiedy zatem dziecko wkłada wysiłek w osiągnięcie jakiegoś celu, najlepszą z możliwych nagród jest właśnie twoje zainteresowanie. Dlaczego? Ponieważ nagroda materialna sprawi, że maluch będzie jej oczekiwał za każdym razem. Zacznie więc działać dla nagrody materialnej, nie dla siebie.
I naprawdę nie jest trudno wyobrazić sobie sytuację, w której za każdym razem, kiedy dziecko pościeli łóżko lub sprzątnie zabawki, ty będziesz nagradzać słodyczą. Wkrótce okaże się, że zęby do naprawy, pusto w portfelu, a gdy słodyczy nie ma w pobliżu, łóżko już któryś dzień stoi niepościelone. I to prawda, że maluch nie czując (rozumiejąc) wewnętrznej motywacji, nie zrobi tego z własnej woli.
W tym wypadku trzeba bardzo uważać na słowa. Okazuje się, że: Ładnie pościeliłeś łóżko, to trochę mało. To jest jakiś rodzaj nagrody, bo zadowolenie rodzica jest miłe. Wypowiedziane słowa też są miłe. Ogólnie jest miło być tak chwalonym. Jednak ta teoria idzie krok dalej. W dłuższej perspektywie chodzi o to żeby dziecko chciało pościelić łóżko, pozbierać klocki, wywietrzyć pościel, dlatego, że rozumie powody takiego działania. Nie wyłącznie po to żeby usłyszeć od ciebie, że jest „grzeczne”.
Tu trochę zaczyna się mój dylemat, bo dla kilkulatków (nie wszystkich, ale części) motywatory zewnętrzne też są atrakcyjne. Wiem, że sporo osób krytykuje np. tablice motywacyjne. Jednak są dzieci, które za zdobywaniem naklejek za wykonanie zadania, naprawdę przepadają. Sama spotkałam kilkoro dzieci, które prosiły o przygotowanie dla nich takiej tablicy. Same się tego domagały.
Fakt, oceniały się same, nie robili tego rodzice. Ale to naklejkowe wyzwanie bardzo im się podobało. Wiem, że ktoś może powiedzieć: Bo są nauczone bycia ocenianymi w ten sposób, w szkole czy przedszkolu. Nie mówię jednak o dzieciach zaszczutych, tresowanych i obciążonych nadmiernymi wymaganiami.
Mówię o zadowolonych z życia kilkulatkach, dla których w pewnym wieku, zdanie mamy, taty i wychowawczyni, zaczyna być bardzo ważne. Zdanie świata zewnętrznego zaczyna się liczyć. Jeśli samoocena dziecka nie opiera się wyłącznie na tym, co myślą o nim inni, to naprawdę daje sobie radę. A zbieranie naklejek i samodzielnie komentowanie swojego wkładu, jest wyzwaniem.
Chyba właśnie o to chodzi żeby nie popadać w żadną skrajność. Nie podoba mi się płacenie za dobre oceny (nagroda motywująca zewnętrznie), ale nie mam nic przeciwko temu żeby dziecko – na równi z nagradzaniem motywującym – dostawało do czasu, do czasu, nagrodę materialną lub np. wycieczkę (co jest przeżyciem, a nie rzeczą). I nie łapię się za głowę za każdym razem, kiedy wyrwie mi się: Ładny obrazek namalowałaś, córeczko.
Lubię i przemawia do mnie teoria o wychowaniu bez kar i nagród, ale w przypadku nagród nie chcę stosować jej w skali 1:1. Przyznaję, dość dziwacznie brzmi, kiedy ktoś mi zwraca uwagę: Nie mów jej, że jest mądra. Jak niby to zrobić, kiedy te nasze pociechy takie ładne, zdolne, wesołe i mądre. Jakim cudem im tego nie mówić i dlaczego?
Teoretycznie dlatego, że wyłączne chwalenie za bycie jakimś (mądrym, ładnym itd.) jest motywowaniem do działania dla ciebie – dla rodzica, a nie dla siebie – dla dziecka. To też trochę skręt w kierunku miłości warunkowej, czyli: Kocham cię za coś, co dobrze (po mojej myśli robisz), a nie za to, jaki jesteś (tak po prostu).
Przy miłości rozumianej warunkowo, jest w dziecku taka obawa, że kiedy z jakiegoś powodu nie uda mu się być ładnym (ubrudzi się, ma bliznę na twarzy, brzydko obcięte włosy), może sobie pomyśleć, że przestaniesz je kochać. Bo (oczywiście w mniemaniu dziecka) kochane było za bycie ładnym. I faktycznie jest to dość powierzchowne podejście. Warunkowe.
Trochę więcej o pewnych wyobrażeniach dziecka na swój temat i budowaniu na tym poczucia wartości, napisałam w tym artykule: Brak wiary w siebie. Nie uda mi się! Co zrobić z małym nerwusem, który szybko się poddaje?
Jak zatem nagradzać i używać pochwał żeby dzieciak nie wylądował u psychoanalityka w przyszłości? No właśnie tu bym nie popadała w przesadę. Jeśli dziecko, do czasu do czasu słyszy, że jest ładne czy mądre, to naprawdę żadnej traumy mieć nie będzie. Chodzi jednak o to żeby nie wpychać jedynie w takie schematy. Skoro jest inna droga nagradzania, to dlaczego jej nie wypróbować?
W sumie dość prosta. Wystarczy trzymać się kilku punktów w trakcie codziennych rozmów. Jedyna trudność polega na poćwiczeniu tego rodzaju komunikacji, bo tak zupełnie naturalna, dla wielu dorosłych, ona nie będzie. Dlaczego? Wydaje mi się, że większość z nas była jednak wychowywana przez klasyczne dawanie kar (idź do swojego pokoju) lub nagród (choćby dobre oceny). Dlatego nienaturalnie – na początku – brzmi pytanie o emocje i motywy działania. Ale tylko na początku.
W tym podejściu chodzi głównie o uświadomienie dziecku, że motywacja wewnętrzna jest najważniejszym motorem działania. To znaczy – powinna być. Dlatego warto częściej (lub całkowicie) pomijać nagrody klasycznie rozumiane, bo uczą szukania motywacji z zewnątrz (za cukierka, robię coś dla kogoś), a nie w sobie (wiem i po co coś robię).
Dlaczego to sprawia trudność rodzicom? Nagradzanie słowem jest bardzo naturalne: Zbudowałaś wysoką wieżę z klocków. Bardzo łada, super. I to jest miłe także dla dziecka. Im więcej słyszy takich pochwał z zewnątrz, tym bardziej coś wykonuje dla nich niż dla siebie.
Możesz jednak usiąść przy maluchu i zapytać: Łał, a jak się czujesz jako taki budowniczy? lub powiedzieć: Policzmy razem ile klocków jest na tej bardzo wysokiej wieży, którą zupełnie sam zbudowałeś.
Sytuacja, którą ćwiczyłam wczoraj z Karoliną. Ulepiła małego, słodkiego ślimaka z plasteliny. Przykleiła do na jednej z książek stojących na regale i go tam zostawiła jako niespodziankę. Kiedy go przypadkiem zauważyłam, od razu wyrwało mi się: Ale ładny! I co? Już skucha. Jednak zreflektowałam się i dodałam: A co sobie myślisz jak patrzysz na tego ślimaka? I tak temat popłynął swoim torem.
Wyobraź sobie sytuację, w której dziecko pomogło ci posprzątać pokój. Można powiedzieć: Super, dzięki, ale można też pogadać o tym, jak to wpłynęło na wasze relacje np. Dziękuję ci, że mi pomogłeś. Miło mi, kiedy mogę z tobą spędzać czas i jednocześnie ogarnąć trochę obowiązków domowych. We dwójkę idzie nam szybciej. A ty jak się czułeś podczas tej wspólnej pracy? Można też krócej: Miło mi jest, kiedy razem sprzątamy. Jak myślisz, dlaczego jest mi miło?
Takie nagrody/pochwały motywują do zastanawiania się, dlaczego coś robię i jak to na mnie i otoczenie wpływa. Są więc naprawdę prostym i działającym elementem budowania wewnętrznej motywacji. Opisujesz prostymi słowami, jak się czułaś w związku z działaniem dziecka, a potem dajesz mu szansę na opisanie. Pewnie, że najmłodsi powtórzą po nas. Jednak ten twój opis jest ważny, bo uczy mówienia o samopoczuciu i emocjach. Im starsze dziecko, tym bardziej rozbudowany słownik będzie miało w tej sprawie.
Przy tym nagradzaniu bez nagród, skup się na dziecku (emocjach, przeżyciach) nie tylko rezultatach i osiągnięciach (ładna, wysoka wieża). Kiedy narysuje ładny obrazek lub pobije rekord na skakance, uciesz się, pogratuluj i zapytaj: Jak się z tym czujesz?
Chodzi o to, że czasem z wielkiej radości, przypisujemy dziecku nasze uczucia, zamiast zauważyć jego uczucia. Weźmy na przykład pierwszą wizytę u dentysty. Albo jakąś kolejną. Jeśli wiesz, że dziecko tego nie lubi i za każdym razem jest stresująco, weź to pod uwagę przy komentowaniu dzielności.
Wyobraź sobie, że wychodzicie już od tego dentysty. Dziecko nie płakało, wszystko poszło dobrze. Ty skaczesz z radości i zalewasz potokiem słów o dzielności, śmiałości i odwadze. Ale czy na pewno właśnie to czuło dziecko u dentysty? I po wyjściu? Zapytaj. Pewnie się dowiesz, że u dentysty czuło niepokój, może strach, a po wyjściu ulgę i możne nawet niechęć do dentysty. Jaki związek mają uczucia dziecka z twoją euforią? I tak chwaląc za dzielność wciskasz w ramy myślenia: Mama będzie ze mnie zadowolona jak będę dzielna, a nie jak będę pokazywała prawdziwe emocje. Zanim więc okażesz swoje, sprawdź co czuje dziecko.
Możesz powiedzieć: Widzę, że bardzo się stresowałaś tą wizytą. Jak teraz się czujesz? Teraz przyszło mi do głowy, że może się to bardzo przydać rodzicom, których dzieci idą od września do szkoły, przedszkola. Nie każde dziecko będzie w pierwszych dniach skakać z radości i czuć się bardzo dzielne. U niektórych: trema, dezorientacja i strach będą tymi najsilniejszymi emocjami.
Weźmy na przykład trudną do ogarnięcia naukę gry w planszówki. Kiedy dziecko zazwyczaj rozwala pionki przed dojściem do mety, bo czuje, że mu nie idzie. A tym razem udało się i mimo przegranej, dotrwało do końca gry, chciałoby się je pochwalić, nagrodzić. Tylko jak bez nagród?
Możesz opisać daną sytuacją, dokładnie tak jak wyglądała: Świetnie, że nie rozrzuciłeś pionków i planszy, choć widziałam, że miałeś na to ochotę, kiedy Michał zbił twojego pionka. Co wtedy czułeś? To musiało być trudne, a jednak świetnie sobie poradziłeś z gniewem. Tym sposobem nikt nikomu nie wmawia emocji. Dopytaj, jeśli nie jesteś pewna: Czy dobrze widziałam, że się zdenerwowałeś, kiedy Michał…?
Tu jednak też chwilę się zatrzymam ze swoimi wątpliwościami w sprawie reagowania dokładnie tak za każdym razem. Nie robię tego za każdym razem, bo nie chcę żeby dziecko czuło się zaszczute i pod stałą obserwacją. Staram się pamiętać żeby nie przegiąć. Dzieci i tak mają rodziców ciągle nad głową. Ciągle czegoś chcemy, zagadujemy, trudno nam spokojnie posiedzieć w ciszy i cieszyć się sobą. Bo czujemy presję, że musi być edukacyjnie i wychowawczo. Jeśli jest z umiarem, to chyba nie ma się co stresować na zapas i analizować przesadnie. Poszukiwać przy każdej czynności własnego wewnętrznego dziecka do nawiązywania połączenia mentalnego z naszym dzieckiem.
Dlatego uważam, że rzucone czasami: Super napisane, Fajnie to ułożyłaś, Ładnie to narysowałaś, nie są przesadnie krzywdzące. Kiedy dziecko czasem podchodzi i zadaje pytanie wprost: Ładnie narysowałam? to wydaje mi się, że nie oczekuje ode mnie za każdym razem dogłębnej analizy uczuć związanych z namalowaniem jednorożca, doborem kolorów i wychodzeniem za linię. Nie jest to też (zawsze) podświadome pytanie, czy wciąż je kocham. Wydaje mi się, że czasem oczekuje zwykłego potwierdzenia: Tak, ładnie.
Jeśli dziecko poradziło sobie z jakimś nowym wyzwaniem, warto powiedzieć na głos, co sprawiło, że się udało. U nas była to nauka pisania. Karolina bardzo nie lubiła pisać po szkolnemu. Jednak w szkole trzeba się tego nauczyć. I taktyka z pokazywaniem kroków do sukcesu jest jedną z moich ulubionych w wielu przypadkach. Za każdym razem starałam się zauważyć jej postępy związane z pisaniem i zwrócić jej uwagę na to, jak do tego doszło.
Nie wygląda to, jak nagroda ani pochwała, prawda? Bo nie jest to klasyczna pochwała: Ale ładnie dziś napisałaś te literki. To jest proces motywujący do tego, by zrozumieć, po co i jak można działać, żeby się czegoś nauczyć. Oczywiście, że nie z każdą czynnością tak się mobilizuję, rozkładam na czynniki pierwsze. Ale owszem, coraz lepiej mi idzie pokazywanie, jak świetne jest zdobywanie nowych umiejętności – to się po prostu opłaca (i motywuje wewnętrznie).
Skąd wiem, że taktyka zadziałała? Jako ostatnie zadanie domowe w szkole Karoliny, dzieci miały napisać, co im się najbardziej podobało w tym roku szkolnym. Jedną z rzeczy, które wymieniła było pisanie. Przy czym zaznaczyła, że nie od początku jej się podobało, ale zrozumiała, o co w tym chodzi i już poszło z górki. Kroki do sukcesu też potrafiła określić samodzielnie: przybory, wygodna pozycja, dobrana do możliwości ilość ćwiczeń, systematyczne ćwiczenia.
Z drobiazgami też da się opisać strategię, zamiast tylko chwalić, że ładnie. Kiedy dziecko chce namalować obrazek z tłem i próbuje to zrobić na różne sposoby, w końcu mu się udaje, można powiedzieć: Widzę, że postanowiłaś najpierw pokolorować kartkę i poczekać aż wyschnie, potem namalowałaś całą resztę. Dzięki temu farbki się nie zmieszały i nie rozmyły. Super to wygląda! Sprytnie pomyślane! Nie musi więc to być całoroczny proces.
Czy da się zatem wychowywać bez nagród? Da się, wystarczy poćwiczyć. Sprawia mi to ogromną przyjemność, ale nie będę udawać, że wychowuję wyłącznie bez nagród. Intuicja mi podpowiada, że u nas sprawdza się miks.
Bardzo jestem ciekawa twoich przemyśleń na temat stosowania tego rodzaju nagród zamiast wyłącznie tych materialnych czy motywujących zewnętrznie.
Nie wiem czy już kiedyś opowiadałam na blogu Tylko Dla Mam tę historię, ale opowiadam ją najcześciej jak się da. Kilka lat temu, spacerując po Gdańsku, a konkretnie w samym środku Jarmarku Dominikańskiego (więc dzikie tłumy), spotkałam płaczącą 2,5-latkę. (więcej…)
Spełnianie dziecięcych marzeń przecież to jeden z najmilszych obowiązków rodzicielskich. Taka możliwość to właśnie śmietanka, którą spijamy. Radość w dziecięcych oczach to nagroda za wszystkie nieprzespane noce, wykrzyczane „nie!”, trzaskanie drzwiami, rzucanie zabawkami, kłótnie i te gorsze chwile. Spełnianie marzeń wynagradza wszystko.
I tak sobie pomyślałam, że skoro zabawki mamy ogarnięte i każdy już wie, czego szukać wybierając się do sklepu, podrzucę jeszcze trochę pomysłów na inny rodzaj marzeń do spełnienia. Mam nadzieję, że też będzie pomocny. Tym razem w budowaniu relacji między tobą a dzieckiem.
Stworzyłam listę rzeczy i marzeń do samodzielnego lub wspólnego zrobienia z dzieckiem. Takie spełnione marzenia zostają w dziecięcych wspomnieniach na zawsze. W przeciwieństwie do ukochanych zabawek nigdy się nie zestarzeją i nie zepsują. Maluchy chętnie sięgają po zabawki i świetnie to rozumiem. Ta lista to marzenia, które z czasem zamienią się we wspomnienia. Po nie najchętniej sięgają dorośli. Wiem, że nasze dzieci sięgną po nie, kiedy dorosną.
Każde dziecko – zanim zamieni się w nastolatka – powinno mieć szansę to zrobić. Choć raz. Wybrałam takie rzeczy, które oprócz frajdy, niosą ze sobą doświadczenia i są odrobinkę edukacyjne. Nic nie poradzę, takie skrzywienie zawodowe, 😉
Ciekawa jestem, co dorzuciłabyś do mojej listy? Może masz jakieś wspomnienie z dzieciństwa i przeżycie, które chcesz przekazać swojemu dziecku?
Bardzo często mam okazję rozmawiać o histerii. Często zdarza mi się słyszeć, że nie powinnam używać tego słowa, bo te wybuchy emocji powinno się nazywać inaczej. Ja używam słowa i opowiadam, jak wesprzeć dziecko (i pomóc sobie jako rodzicowi) podczas wybuchu histerii.
(więcej…)
O co mu chodzi z tym wymuszaniem płaczem? Kiedy to jest wymuszanie, a kiedy po prostu płacz?
Wyobraź sobie taką sytuację… zresztą, chyba nie musisz sobie wyobrażać, bo pewnie znasz ją z doświadczenia, kiedy małe dziecko czegoś chce, a ty wiesz, że nie powinnaś mu tego dawać, bo nie jest to zabawka. Ale ono chce i domaga się tego coraz głośniej. (więcej…)